Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Tulipy ukraińskiego malarza
Autor Wiadomość
Umbra Eight 

Dołączyła: 29 Lip 2011
Posty: 33
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-11-10, 01:06   Tulipy ukraińskiego malarza

Tulipany ukraińskiego malarza

- Twoją matkę postawię pod sąd - powiedział Edek głosem pełnym nienawiści - za to, że jak zaszła z tobą w ciążę, nie poszła cię usunąć.

Nie krzyczał, a mimo to usłyszałam każde słowo. Dziwne, ale te słowa zabolały mnie tak samo mocno jak cios zadany przed sekundą jego wielką łapą. Może nawet bardziej. Ale przecież powinnam być już przyzwyczajona. Od dziesięciu lat Edek częstował mnie najwymyślniejszymi werbalnymi okrucieństwami. I nie tylko werbalnymi. Często zdarzało się, że swoją wrodzoną, a może nabytą, wściekłość wyładowywał na mnie ręcznie.

- Jak często? - zapytał policjant zza biurka, do którego kiedyś zwróciłam się o pomoc.
- No, raz na miesiąc, może czasami dwa...
- To nie jest często - stwierdził sucho urzędnik.
Pomyślałam sobie wtedy, że sam pewnie bije swoją żonę raz na tydzień. I stuprocentowo mu się wydaje, że to też nie jest często. Więcej nie poszłam na policję. Dzisiaj też nie pójdę, pomimo że stuprocentowo spuchnie mi oko. I zabarwi się na fiołkowo.

Gdy na początku małżeństwa poskarżyłam się raz kuzynce Edka, że mąż podnosi na mnie rękę, ona złapała się za głowę i zrezygnowana opadła na fotel. Myślałam, że tak przejęła się moim losem, ale ona wyszeptała:
- Boże, mój Boże... Do tego doszło. Biedny Edek...
- Biedny Edek? - powtórzyłam za nią skonsternowana.
- Rysiu, musisz go zrozumieć - zaczęła gorączkowo tłumaczyć. - Edek miał straszne dzieciństwo. Wujek, to znaczy Edka ojciec, był najokrutniejszym człowiekiem na świecie. Mówię ci, jak bił ciotkę!
- To po co ona z nim tak długo żyła? - dziwiłam się. - Byli małżeństwem prawie czterdzieści lat.
- Nie wiem - wzruszyła ramionami kuzynka Edka. - Może była masochistką. A może była po prostu głupia. Ale również i Edek dostawał takie lanie, mówię ci, i to za byle co, albo w ogóle bez powodu. A Edek był zawsze taki wrażliwy! Taki dobry. Nie możesz go winić za to, że jest pełen zła. To zło dał mu na drogę jego ojciec. To on jest winny!
Zaczęłyśmy obydwie użalać się nad Edkiem, i moje siniaki rzeczywiście bolały wtedy mniej. Ale w międzyczasie przestało mnie obchodzić, skąd mój małżonek nabył tę całą swoją wściekłość. Wyzwiska, którymi mnie obrzucał, i uderzenia jego pięści bolały mnie i doprowadzały do rozpaczy.

- To po co z nim żyjesz? - dziwiły się koleżanki w biurze, gdy pewnego razu musiałam wyjaśnić im pochodzenie podbitego oka.
- Nie bądź głupia!
- Gdyby mnie mąż tak traktował, dawno bym go zostawiła!
- A może Rysia to lubi?

Po takich komentarzach przestałam opowiadać komukolwiek o moich problemach. Wydaje mi się, że tego nie da się wytłumaczyć, dlaczego bita żona tak długo nie odchodzi od męża. Bita żona staje się słaba psychicznie, zaczyna bać się nie tylko męża, lecz i całego świata. A jeżeli nie ma do kogo pójść, to na pewno nie odważy się samodzielnie stawić czoła obcym ludziom i wymogom, jakie życie stawia wobec samotnych kobiet, zwłaszcza wobec tych, które odważają się opuścić męża. Takie kobiety uciekają od męża dopiero po latach, gdy nadejdzie taka chwila, w której strach przed mężem przeważy nad strachem przed światem. U niektórych taka chwila nie nadchodzi nigdy. Tak jak u mnie. Między naszymi kłótniami, z biciem czy bez, Edek był całkiem znośny. A nawet więcej, był miły. Dlatego wciąż nie miałam siły odejść.

Ale teraz, gdy powiedział, że moja mama powinna była mnie wyskrobać, zanim się urodziłam, zabolało mnie to bardziej, że wszystkie inne podłe rzeczy, jakie usłyszałam od niego w ciągu naszego dziesięcioletniego małżeństwa. Oczami wyobraźni zobaczyłam zdjęcia z albumu rodziców, na których mama trzymała mnie na rękach, przytulała, całowała, a ojciec nosił mnie na barana, lub podrzucał do góry.

- Jak oni cię kochali - powiedział kiedyś Edek wzdychając. Na początku małżeństwa mój mąż bardzo przylgnął do naszej rodziny. Wprost rozkoszował się ciepłem rodzinnym, jakiego widocznie nigdy nie zaznał u siebie w domu. Moi rodzice byli zachwyceni takim mocnym, opiekuńczym zięciem, który chętnie przychodził do nich w odwiedziny, mojemu ojcu pomagał naprawiać samochód czy skopać ogródek, a mojej mamie pomagał nawet w kuchni przy zmywaniu garów. Ale moja rodzina rozpadła się. Mój brat wyjechał do Niemiec i tam się ożenił, moi rodzice rozwiedli się i pozakładali nowe rodziny. Skończyły się nasze rodzinne spotkania. W domu, do którego zawsze mogłam wrócić, mieszkał obcy facet, mąż mamy, a do mojego dziecinnego pokoju wprowadziła się jego rozwiedziona córka.

Dzisiaj rano szczeknęłam w kierunku Edka, że dosyć mam utrzymywania faceta, który w ogóle nie szuka pracy, a za to całymi nocami włóczy się po knajpach. Edek był od roku bezrobotny, ale pomimo to częstym gościem w knajpie za rogiem. Znowu wrócił o pierwszej w nocy. Cóż, widocznie nie powinnam była tego mówić. Przecież znam reakcje Edka. Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Wszak wiedziałam, że za takie słowa u nas w domu dostaje się w buzię. Ale ta potrzeba wypowiedzenia tego wyrzutu była widocznie mocniejsza od strachu przed spoliczkowaniem.

Postanowiłam nie iść dzisiaj do biura. Pogoda jest brzydka, niebo zaciągnięte chmurami, ciemnawo, więc znowu głupio będę wyglądać w biurze z tymi ciemnymi okularami. Zeszłam na dół i, żeby Edek nie słyszał mojej rozmowy, z budki telefonicznej zadzwoniłam do pracy. Powiedziałam, że jestem chora.

- Niech pani się kuruje, pani Ryszardo - usłyszałam w słuchawce głos pana Grabowskiego, mojego szefa - żeby się pani nie rozchorowała na dobre. Bez pani firma kuleje.

Dobrze wiedziałam, że firma beze mnie nie kulała, ale Grabowski był jednym z tych nowoczesnych szefów, którzy pochwałami motywowali do pracy. I muszę przyznać, że dawało to rezultaty.

Nie miałam ochoty wracać do domu, gdzie spał, albo gapił się w telewizor Edek. Poszłam pospacerować po mieście. Przy ratuszu malarze wystawiali swoje obrazy. Oglądnęłam każdy z osobna, nie reagując na ich próby nawiązania ze mną rozmowy.
Zrobiło się jeszcze zimniej, więc weszłam do kawiarni naprzeciwko ratusza.

Zamówiłam herbatę i później trzymałam ją w obu dłoniach, nie pijąc, lecz czekając, aż najpierw rozgrzeją mi się zgrabiałe palce. Wlepiłam wzrok w potężną szybę okienną. Patrzyłam, jak ludzie z podniesionymi kołnierzami u płaszczy przemykają ulicami, a malarze skuleni z nadzieją wodzą wzrokiem za przechodniami.
Wtem koło obrazów zatrzymuje się jakaś pani. Jest mniej więcej w moim wieku. Może też dostała po buzi od męża i postanowiła nie iść do pracy. Nie, nie robi wrażenia kobiety, która jest smutna, lub obawia się kogoś. Pomimo chłodnego wiatru ma wyprostowane plecy. Z daleka nie widzę jej rysów twarzy, ale jestem przekonana, że jej mina zdradza pewność siebie.
Pewnie jestem jedyną wariatką na świecie, która od dziesięciu lat daje się maltretować psychicznie i fizycznie. I która nie ma siły ani odwagi odejść.
Kobieta pod ratuszem wdaje się w rozmowę z jednym z malarzy.
Przypominam sobie, że jego obrazy podobały mi się najbardziej. Gdy mnie zagadnął, poznałam po akcencie, że to Ukrainiec. Ale nie odwróciłam się wtedy do niego, więc nie widziałam jego twarzy. Nie chciałam patrzyć na niego, bo bałam się, że zobaczę takie same oczy jak u Edka, i po ich błysku rozpoznam, że on też bije swoją żonę. Bałam się, że będę musiała go nienawidzić, i będzie mi żal, że nienawidzę człowieka, który maluje takie piękne obrazy. Zwłaszcza ten obraz z tulipanami.
Śmieszne. Kto to wystawia tulipany późną jesienią? Przecież tego mu nikt nie kupi.
A jednak. Widzę, że kobieta wskazuje ręką właśnie na tulipany. Pewnie pyta go o cenę. Po otrzymaniu odpowiedzi, kobieta robi zmartwioną minę i przecząco kręci głową. Za drogo dla niej. Malarz coś tłumaczy. Na pewno mówi, że płótno i farby też drogie, i że tak się napracował przy tych tulipanach. Ale ona tylko wzdycha i wciąż kręci głową. Powoli odchodzi. Kilka razy odwraca się, jakby wzrokiem żegnała się z tulipanami. Malarz znowu nawiązuje z nią rozmowę. Widzę, że kobieta ze zrozumieniem kiwa przytakująco głową. Tak, tak, wszystko jest drogie. I tulipany są piękne. Na pewno sprzeda je pan za tę cenę. Tylko nie mnie. Ja nie mam tyle pieniędzy. Nagle malarz macha ręką w geście „A, niech tam!“ i chwyta za płótno z tulipanami. Kobieta przykłada obie ręce do serca, coś woła, po czym prędko wyciąga pieniądze i płaci. Gdy malarz podaje jej obraz zawinięty w szary papier, kobieta wyciąga do niego dłoń. Sciskają sobie ręce.
Uśmiecham się. Cieszę się razem z nią.
Cieszę się, że ktoś komuś zrobił przyjemność.
Zrobiło mi się trochę żal, że to nie ja kupiłam te tulipany. Ale i tak nie miałabym pieniędzy nawet na jedną czwartą obrazu.

Odwróciłam wzrok od okna. Dwa stoliki na lewo ode mnie zauważyłam jakąś parę. Mieli może koło czterdziestki. Ta kobieta wydała mi się znajoma, ale za nic na świecie nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie ją widziałam.

- Basieńko, nic się nie martw - powiedział mężczyzna cichym głosem, ale nie na tyle cichym, abym nie słyszała każdego słowa.

- Powiedział, że przy rozwodzie zabierze mi dzieci - odparła kobieta z troską w głosie.

- Nie może tego zrobić - tłumaczył mężczyzna. - Przecież nic o nas nie wie. Chyba się nie wygadałaś?

- Oczywiście, że nie. Ale jeżeli kazał mnie śledzić?

Mężczyzna zaśmiał się cicho.

- Nie przesadzaj, Basieńko, nie jesteśmy w Ameryce. Zresztą dlaczego miałby procesować się z tobą o dzieci? Przecież i tak cały dzień nie ma go w domu.

- Aby mnie ukarać za to, że go porzucam. A poza tym on kocha dzieci tak samo jak ja.

- Będzie mógł zabierać je do siebie na każdy weekend. Czy to mu nie wystarcza?

- Na pewno wystarcza. Ale będzie chciał się na mnie zemścić - upierała się kobieta. - Zwłaszcza, jeżeli dowie się, że jestem z tobą.

- Tego nie może się dowiedzieć, do diabła! - syknął mężczyzna. - Bo wtedy nie zawrze z moją firmą umowy. A jak we wtorek on już wszystko podpisze, to może się dowiedzieć. Wpadnie w takie kłopoty finansowe, że nie będzie miał nerwów procesować się o dzieci. Już my mu zrobimy koło pupy.

- Tylko bądź ostrożny - szepnęła. - On nie jest głupi.

Mężczyzna spojrzał na zegarek, pocałował kobietę i podniósł się.

- Na mnie już czas, kochana. On zaraz tu będzie. Muszę spływać, bo mnie tu jeszcze zobaczy. Bądź dzielna!

Kobieta zamyśliła się i, tak jak ja przedtem, zapatrzyła w okno. Właściwie chciałam już iść, ale ciekawa byłam, jak wygląda ten jej mąż, któremu przyprawiła rogi, i którego jej kochanek zamierzał zniszczyć finansowo.

Zamówiłam jeszcze jedną herbatę. Ona też. Spojrzałyśmy na siebie i uśmiechnęłyśmy się, jakby jednakowe zamówienie czyniło nas przyjaciółkami.

„Herbaciane przyjaciółki“ - pomyślałam z kpiną.

Tylko że ja nie oszukiwałabym w ten sposób męża. Nawet Edka. Zakochać się w innym, to jeszcze rozumiem. Ale podkopać finansowo, to już podłość niższego stopnia. Przecież on był ojcem jej dzieci.

Za chwilę przyszedł. Wszedł do kawiarni, rozejrzał się i gdy ją zauważył, energicznym krokiem ruszył w kierunku stolika.

Osłupiałam i o mało nie poparzyłam się herbatą. Mężem mojej „herbacianej przyjaciółki“ okazał się... pan Grabowski, mój szef.

- Na pewno dobrze to sobie przemyślałaś? - zapytał rzeczowo. - Wiesz, że uważam, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz.

- Nie, nie, to nie ma sensu. Już dawno nie jesteśmy małżeństwem - odpowiedziała. - Dajmy sobie spokój.

- Wiem, że zbyt dużo czasu poświęciłem firmie...

- Zygmunt, proszę cię, przestań wreszcie. Słyszałam to już tysiące razy.

- Dobrze, przepraszam. Stawię się do sądu punktualnie. Ale czy pomyślałaś o dzieciach?

- Oczywiście. Zostaną ze mną. Już i tak przyzwyczaiły się do naszego nowego mieszkania.

- Dlaczego z tobą? Przecież ja też...

- Bo jestem matką! Możesz je sobie zabierać co tydzień na sobotę i niedzielę.

- Nie zgadzam się.

- Zygmunt, proszę cię, nie kłóćmy się. Powiedz lepiej, co w firmie. Czy interesy dobrze idą?

- Interesy? Ach, tak, tak, dobrze. Nie martw się, będę płacił na ciebie i dzieci.

- Nie martwię się. Wiesz, że nie zależy mi na pieniądzach. Czy podpisałeś już tę umowę z Matyjasikiem?

- Nie, ale mam zamiar.

- A z Rutowskim?

- Też jeszcze nie. Waham się.

- Zrób to. Mój szwagier mówi, że na tym można dobrze zarobić.

- Pomyślę o tym. Najpierw muszę odfajkować umowę z Grześkowiakiem.
Też jeszcze nie wiem.

- Nie wahaj się, bo ci go ktoś inny sprzątnie sprzed nosa. No, ale teraz muszę już iść. Do widzenia! Spotkamy się na rozprawie.

Basieńka Grabowska wyszła, stukając obcasikami.

„Jaka elegancka kobieta“ - pomyślałam z podziwem.

Starsza ode mnie chyba o dziesięć lat, a wygląda jak moja młodsza siostra. A dokładniej mówiąc jak moja przyrodnia młodsza siostra, bo ja na pewno wyglądam jak kopciuszek.

- Pani Ryszardo! - usłyszałam nagle.

Aż podskoczyłam z przestrachu i potrąciłam szklankę z herbatą. Płyn pociekł po stoliku.

- Myślałem, że pani leży z gorączką w łóżku, a pani sobie wysiaduje w kawiarniach! - zawołał z wyrzutem.

Zdenerwowana schyliłam się do torebki, leżącej na podłodze przy nodze stołu, i zaczęłam szukać chusteczki do wytarcia herbaty, która w międzyczasie zaczęła kapać na moją spódnicę. No, teraz tylko tego brakuje, aby Grabowski wywalił mnie z pracy. Z mojej pochylonej głowy spadły na podłogę okulary przeciwsłoneczne.

Mój szef schylił się i wziął je do ręki.

- Pani Ryszardo!

- Ja... ee... przepraszam... - zaczęłam.

- Na miłość boską, jak pani wygląda! - wykrzyknął Grabowski, z przerażeniem wpatrując się w moją twarz.

W pierwszym momencie nie wiedziałam, o co mu chodzi, i mechanicznie przygładziłam włosy. Ale za chwilę zrozumiałam, że miał na myśli moje podbite oko.

- Czy pani wpadła pod samochdód? - zapytał z przejęciem.

Łypnęłam na niego tym drugim, niepodbitym okiem. Czyżby on nigdy nie widział pobitej kobiety?

- To rezultat mojej porannej rozmowy z mężem - powiedziałam.

- To w ten sposób mąż z panią rozmawia?! - Oczy Grabowskiego aż rozszerzyły się z oburzenia.

Najpierw zachciało mi się śmiać. Jaki naiwniak! Gdzie on żyje? Na księżycu? Ale zaraz poczułam do niego sympatię, bo zdałam sobie sprawę, że skoro nigdy nie widział pobitej kobiety, to na pewno sam też nie podniósł na żonę ręki. A więc tacy mężczyźni jeszcze istnieją.

- Widzę, że pani ma jeszcze większe kłopoty rodzinne niż ja - stwierdził i przysiadł się do mnie.

- Ale niedługo pan będzie miał jeszcze większe - rzekłam nagle, sama nie pojmując, dlaczego wtrącam się w nieswoje sprawy.

- Nie rozumiem. - Grabowski popatrzył na mnie pytająco.

Zawahałam się.

- Co pani miała na myśli? - nalegał Grabowski.

Zagryzłam usta i już pożałowałam, że w nagłym przypływie sympatii puściłam tę fatalną aluzję, ale gdy spojrzałam na niego z obawą, zauważyłam, że miał miękkie wargi. Może to głupio brzmi, ale te jego miękkie wargi czyniły go w moich oczach bardzo różnym od Edka, człowieka, którego usta były przeważnie twardo zaciśnięte. Nie mogłam sobie wyobrazić, aby wargi Grabowskiego mogły zamienić się w jedną prostą linijkę. Chyba to przeważyło, bo zdecydowałam się stanąć po jego stronie.

- Gdybym, tak jak pan sobie życzył, leżała w łóżku, zamiast wysiadywać w kawiarni, nie usłyszałabym pewnej rozmowy - zaczęłam.

Gdy opowiedziałam mu wszystko, co wiem, wyglądał o dziesięć lat starzej.

Pochylił głowę i przez chwilę masował czoło u nasady nosa.

- Bardzo mi przykro - szepnęłam ze szczerym współczuciem.

Czułam, że oczy napełniły mi się łzami. Grabowski podniósł na mnie wzrok i przez chwilę zamyślony wpatrywał się w moją twarz.

- Pani Ryszardo... dziękuję pani - powiedział po prostu.

Jego głos brzmiał jakoś inaczej, nie umiem dokładnie określić jak, ale tak, jakby wychodził prosto z brzucha, taki... ludzki.

- Czy pani zezna dla mnie przed sądem?

- Nie - odparłam stanowczo.

- Nie? Dlaczego?

- Dlatego, że pan chce ją ukarać, zabierając jej dzieci. To nie fair.

- Fair? A czy ona jest wobec mnie fair?

- Panie Grabowski, tu chodzi o dzieci. To nie fair w stosunku do dzieci - powiedziałam z naciskiem. - Dzieci potrzebują obojga rodziców, ale wydaje mi się, że troszeczkę więcej matki. I ona je przecież kocha, no nie?

Szef zmarszczył brwi, ale kiwnął głową.

- I oni chcą pana zniszczyć finansowo tylko po to, aby pan nie miał głowy walczyć o dzieci - mówiłam dalej. - Panie Grabowski, czy to się opłaca? Wymiana ciosów kosztem dzieci.

- Pani ma rację - wymamrotał, po czym nagle ożywił się. - Ale o jakiej umowie pani mówi?

- No, o tej z tym facetem.

- Jak on się nazywa? Mam w przyszłym tygodniu zawrzeć trzy różne umowy. O którą chodzi?

- No, nie wiem. Nie mam pojęcia. Ten facet był brunetem, dosyć przystojny, gdzieś koło czterdziestki - zaczęłam opisywać.

- Oni wszyscy tak wyglądają! - zawołał Grabowski zdenerwowany. - Wszyscy trzej są przystojnymi brunetami! Ja też jestem brunetem! Niech pani przypomni sobie jakieś szczegóły! Przecież chodzi o naszą firmę!

Pomimo że bardzo wytężałam umysł, za nic na świecie nie mogłam przypomnieć sobie żadnych szczegółów, które pomogłyby nam zidentyfikować ową zdradliwą umowę. W końcu daliśmy za wygraną. Grabowski postanowił pojechać z powrotem do biura i dokładnie przeanalizować warunki planowanych umów.

Ja zdecydowałam się wracać do domu.

Już na ulicy przed naszym budynkiem zauważyłam, że coś jest nie w porządku. Przed naszą bramą stały trzy radiowozy policyjne. Weszłam na klatkę schodową. Sąsiedzi stali grupkami na schodach i o czymś rozprawiali. Na mój widok ucichli.

- Stało się coś? - zapytałam zaciekawiona.

Nikt mi nie odpowiedział.
Spojrzałam do góry, zobaczyłam na pierwszym piętrze przed moim mieszkaniem dwóch umundurowanych chłopców, i domyśliłam się, dlaczego nikt się do mnie nie odezwał, ale za to wszyscy gapili się na mnie podejrzliwie. Policja była u mnie w mieszkaniu.

- Niech pani ucieka póki czas - szepnęła nagle jedna z sąsiadek.

- Pani chyba brak piątej klepki! - odparowałam z nagłą złością.

Pobiegłam do góry.

- Co tu się dzieje? - zawołałam, wpadając do mieszkania.

Funkcjonariusze policji systematycznie wywalali wszystkie rzeczy z szafy. Edek stał zdenerwowany pod oknem i ocierał sobie pot z czoła.

- Ach, Rysiu, mówię ci, oni chyba zwariowali! Przyszli szukać, nie wiadomo czego! To jakaś pomyłka - krzyczał.

- Mają nakaz rewizji? - zapytałam.

Jeden z policjantów zamachał mi kawałkiem papieru przed oczami.
Wzięłam go do ręki i udawałam, że do dokładnie czytam, ale ze zdenerwowania dwoiło i troiło mi się w oczach.

- Ale dlaczego? O co chodzi? - zapytałam.

- Pani mąż brał tej nocy udział w napadzie rabunkowym...

- Ale ja całą noc spędziłem w domu, prawda Rysiu? - zawołał Edek.

- Czy pani może to potwierdzić?

- Oczywiście! - odparłam odruchowo, ale nagle przypomniałam sobie ból dzisiejszego ciosu w oko.
Tego ciosu i wszystkich innych, zaliczonych w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Twoją matkę postawię pod sąd za to, że jak zaszła z tobą w ciążę, nie poszła cię usunąć“ - zabrzmiał w moich uszach pełen nienawiści głos małżonka.

- Oczywiście! - powtórzyłam z naciskiem. - Mój mąż przyszedł już o pierwszej w nocy i od tej pory nie ruszał się z domu ani na krok. Mogę przysiąc!

- Ty idiotko! - syknął Edek. - Ty skończona idiotko!

Policjant uśmiechnął się ironicznie.

- To by się zgadzało - mruknął. - Zezna to pani do protokołu?

- Naturalnie.

U nas w domu nie znaleziono nic. Wyszli, zabierając Edka ze sobą, i zostawiając mieszkanie wywrócone do góry nogami.

Zrobiłam sobie kawy i z filiżanką w ręce usiadłam w pokoju na fotelu. Popijając małymi łyczkami aromatyczny płyn, patrzyłam na wybebeszone szuflady. Ten nieporządek w mieszkaniu symbolizował klęskę mojego życia. Czy już nie czas posprzątać?

Nie wiem, jak długo tak siedziałam, może piętnaście minut, może trzy, cztery godziny. W każdym bądź razie, gdy zadźwięczał dzwonek u drzwi, kawa w filiżance była już zimna. Podniosłam się ociężale i pomału ruszyłam do przedpokoju.

„Pewnie wypuścili Edka“ - pomyślałam i nagle poczułam w sobie jakiś dziwny bunt. „Jeżeli mnie uderzy, pójdę od razu na policję!“

W progu stał mój szef.

- Pani Ryszardo, nie mogę w żadnej z umów doszukać się... - zaczął, ale nagle zamilkł, patrząc w głąb mieszkania. - Czy u pani szalało tornado?

Gestem zaprosiłam go do środka.

- Rewizja - wyjaśniłam.

- Pani mąż był u sąsiada na jabłkach?

- Na to wygląda - wzruszyłam ramionami. - Niech pan sobie poszuka jakiegoś miejsca do spoczęcia.

Grabowski zdjął z drugiego fotela moją bieliznę i jakiś zeszyt w czerwonej okładce. Z zeszytu wyleciała wyschnięta koniczynka. Mój szef delikatnie podniósł ją z dywanu i otworzył zeszyt, aby wcisnąć ją na swoje miejsce.

- To pani wiersze? - zapytał, przebiegając oczami po linijkach.

Podeszłam bliżej i zajrzałam mu przez ramię.

- Rzeczywiście, to moje wiersze. Ciekawe, gdzie ten zeszyt był. Szukałam go od lat - ucieszyłam się.

- Czy mogę poczytać?

- Przecież już i tak pan czyta.

- Wtorkowe rozmyślania - zaczął miękkim głosem. - Gdy znowu aura wtorku...

- Wtorek! - krzyknęłam odkrywczo. - Oni mówili o wtorku! Pan ma podpisać tę fatalną umowę we wtorek. Panie Grabowski, z kim pan jest umówiony na wtorek?

- Z Matyjasikiem... Chodzi o te koreańskie komputery. Do diabła! Wyszedłbym na nich jak Zabłocki na mydle. A więc to Matyjasik... Pani Ryszardo, pani jest genialna!

To, że jestem genialna, nie powiedział mi do tej pory nikt, ale od tamtego dnia słyszałam to jeszcze wiele razy. Nasza firma się nie rozpadła, a ja dostałam „zasłużoną“, jak twierdził Zygmunt Grabowski, podwyżkę. Śmiesznym trafem rozwodziliśmy się tego samego dnia. Edek dostał kilka lat więzienia. Basieńce Grabowskiej przyznano dzieci, z tym że ojciec może je zabierać do siebie co dwa tygodnie na weekend. Kłopoty zawodowe i prywatne jakoś zbliżyły mnie i Zygmunta do siebie. Często wybieramy się gdzieś razem. Jesteśmy wobec siebie bardzo ostrożni w słowach i w czynach, ale wydaje mi się, że on mnie bardzo lubi, a może nawet więcej niż lubi. Same nasze wspólne spacery i wycieczki może by jeszcze niczego nie zwiastowały, ale ostatnio dostałam od Zygmunta niezwykły prezent. Otóż kiedyś opowiedziałam mu o tych pięknych tulipanach ukraińskiego malarza. Zygmunt odszukał go i zamówił u niego taki sam obraz jak tamten. A to chyba coś znaczy, prawda?
_________________
Umbra Eight
Ostatnio zmieniony przez Umbra Eight 2011-11-10, 01:10, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Ferdydurka 

Dołączyła: 19 Cze 2011
Posty: 8
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-11-19, 15:53   

Bardzo ładne i optymistyczne to opowiadanie. Myślę, że mogłoby się to wydarzyć i w rzeczywistości... jednak najczęściej losy ludzkie chyba aż tak ładnie się nie splatają. Sama byłam świadkiem takich zwrotów w życiu prywatnym ludzi. Chodzi mi o związki trudne, w których była przemoc, nadmiar emocji jak zazdrość przeplatana z wybuchami miłości (po obydwu stronach!), w połączeniu z ciągłym poczuciem konieczności wybaczania, tłumaczenia postępowania tej drugiej agresywnej osoby. Nawet po przerwaniu tego związku - a nie muszę już nawet wyjaśniać, jak to było trudne - i po poznaniu kogoś zupełnie innego, całkowicie w normie, opiekuńczego i na początku budzącego wiele pozytywnych emocji po stronie pokrzywdzonej - okazywało się, że nowy związek nie miał jednak szans. Ludziom dotkniętym raz złymi doświadczeniami z poprzedniego związku (często mieli już wcześniej problemy emocjonalno-społeczne) nie jest łatwo nawet wtedy, gdy dostaną od losu nową szansę. Pokazują to przypadki osób sławnych, których życie jest prześwietlane, jak Whitney Houston, która wracała do swojego kata, gnębiciela, kochanka. Życie jej to ruina, ale ona nie przestaje zachowywać się jak ćma...I tak było w przypadku, który ja przytaczam - nastąpił powrót do starego związku.

Oczywiście, gdy taka sytuacja przytrafi się przypadkiem osobie, która ma większą odporność, być może wsparcie w silniejszych osobach bądź w konkretnym środowisku o dużym autorytecie i jeszcze do tego "prześwietlanym" przez media lub organizacje społeczne - tu jest duża szansa na sukces wyrwania się z zaczarowanego kręgu. Pewna dziennikarka TVP posiadająca męża z ciężką rączką, ostatecznie ułożyła sobie życie jak sam kopciuszek wyrwany przez księcia do raju. Sprawa głośna. Inna bardziej nieprzyjemna sytuacja, bo dotyczy znanego adwokata warszawskiego, który urażone ego i chorą ambicję leczył razami na ciele pięknej żony, kiedyś modelki, matki ich dwójki dzieci - w tą sprawę angażują się takie autorytety jak same panie Kwaśniewskie i dlatego ma ona szansę na napiętnowanie bezkarnego wielkiego mecenasa i " ważnego Pana". Chodzi o niezwykły wywiad w programie "Matki i córki, czyli rodzinny galimatias" w stacji TVN Style. Pierwsza Dama wspólnie z córką Aleksandrą poruszają w nim tematy, o których dotąd mówiło się tylko po cichu, jak przemoc w rodzinie (zajmuje się nim Fundacja Jolanty Kwaśniewskiej "Porozumienie bez barier"). "Musiałam pokonać ogromną obojętność i niechęć ze strony ludzi, którzy z powodu różnych układów nie chcieli mi pomóc " - tak ta kobieta przyznała w programie. Pięć lat prowadziła samotną walkę, by ostatecznie uwolnić się od takiego małżonka-gnębiciela . Teraz walczy o ujawnienie prawdy. Nie chcę tu wymieniać nazwiska adwokata i niegdyś również senatora RP :!: , bo nie mam chęci mieć kłopotów i przysparzać takowych temu Forum i Babie Jadze. Cieszę się jednak, że takie osoby z wyższej półki mają odwagę przeciwstawić się temu procederowi, nie boją się otwarcie mówić o tym, co w tzw. towarzystwie jest tajemnicą Poliszynela. Ciekawi mnie, czy kiedykolwiek jakiś mężczyzna, pewny tego co się dzieje, odkryłby karty i zaatakowałby w podobnej sprawie drugiego mężczyznę z otwartą przyłbicą i publicznie???? Ciekawa jestem, co tym myślisz, Umbra?
_________________
Ferdy
 
 
Dawid 

Wiek: 38
Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 107
Skąd: Nowy Jork
Wysłany: 2011-11-28, 23:16   

Ferdy, niewiele sie znam na psychice kobiet, niewiele wiem o zlej sytuacji w domu z wlasnego doswiadczenia... Ale wiem od zony, ktora nie miala slodkiego dziecinstwa, ze wlasnie takie opowiadania byly dla niej mentalnym schronieniem, zrodlem nadziei; jesli innym sie udalo zmienic zycie na lepsze, to i mnie sie uda.
Dlatego wole, aby Umbra tworzyla iskry nadziei dla kobiet w potrzasku, niz szla na barykady walk socjalnych.
Wojownicy przeciwko przemocy, o ktorych wspominasz, zasluguja na nasz szacunek i wdziecznosc. Glupi sa mezczyzni, ktorzy odwracaja wzrok od nieszczescia katowanych kobiet, bo "mnie to nie dotyczy". Dzisiaj pojdziesz walczyc o los sasiadki, a wywalczysz - nie wiedzac o tym - lepszy los w przyszlosci dla swojej corki.
Przemoc i okrucienstwo dotycza nas wszystkich. Niech kazdy protestuje i pomaga jak umie.
_________________
Dawid
 
 
jumals 

Dołączył: 21 Lut 2017
Posty: 2
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2017-02-21, 03:49   

na prawde masz talent!
_________________
Read full report
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione