Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Do domu - opowiadanie
Autor Wiadomość
Umbra Eight 

Dołączyła: 29 Lip 2011
Posty: 33
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-09-09, 00:38   Do domu - opowiadanie

Do domu

Siedzę na krawędzi łóżka i słucham, jak deszcz dobija się do okien, wiatr grzechocze dachówkami i poluzowaną rynną. Mój mózg bez wahania identyfikuje te odgłosy jako znajome, mimo że od chwili, gdy słyszałam je ostatni raz, minęło ponad pół wieku. Ze wszystkich zakamarków bezgłośnie wychodzi mrok, przybliża się powoli, gęstnieje i rośnie, ogarnia całą sypialnię. I mnie.
W pokoju na dole ktoś dotknął klawiszy fortepianu. Instrument odszczeknął niezadowolony, że to nie palce jego mistrza. W myślach słyszę muzykę, która zawsze wypełniała ten dom.

Cofam czas o dziesiątki lat. Zaraz wpadnie do sypialni Zosia i zawoła:

- Mamusiu, zaniosłam Andrzejowi herbaty. Powiedział, że pięknie pachnie!

Wiedziała od początku, że nie był ich ojcem. Mieszkaliśmy razem już pięć lat, dzieci mówiły mu po imieniu. Tak było dobrze. Zosia i Misza nawet nie przypuszczali, że inny mężczyzna mógłby być na jego miejscu. Andrzej chciał jak najprędzej wziąć ślub, ale ja nie miałam rozwodu. Nie chciałam nawiązywać kontaktu z moim mężem Aleksandrem, aby nie zakłócił naszej idylli. Poza tym obawiałam się, że przy pomocy swoich wpływowych przyjaciół z partii mógłby zaszkodzić Andrzejowi.

Pamiętam, gdy na jednym z Andrzeja występów ujrzałam Aleksandra na sali. Widzowie nie wytrzymali i zaczęli bić brawo w środku koncertu, a Aleksander aż wstał z zachwytu.
Struchlałam z przerażenia. Dzieliło nas pięć rzędów. Bałam się, że mnie zobaczy. Ale on wpatrywał się tylko w pianistę. Po chwili odprężyłam się, a sytuacja zaczęła mnie wprost bawić.
„Ty głupcze“ – myślałam z drwiną - „składasz oklaskami hołd mężczyźnie, który zabrał ci rodzinę.“
Mimo że nigdy nie uważałam się za osobę mściwą, poczułam w tamtym momencie słodką satysfakcję. To była w pewnym sensie zemsta za to, co przeżyłam pięć lat wcześniej.

Byłam akurat wysoko w ciąży z Miszą. Za dwa tygodnie miałam rodzić. Wróciłam od lekarza dużo wcześniej niż się spodziewałam.
Weszłam do sypialni...
Mówią na to in flagranti, i nie życzę tego żadnej kobiecie.

Zniknęłam z życia Aleksandra, zanim on zdążył wyskoczyć z łóżka, zanim tamta kobieta zdążyła zasłonić swoje nagie piersi przed moim przerażonym wzrokiem.
Biegłam na oślep, podtrzymując brzuch obiema rękami. Aż wpadłam na kogoś z takim impetem, że oboje upadliśmy na kolana. Na chodnik rozsypały się nuty.

- Ależ proszę pani, to przecież Czajkowski – zawołał mężczyzna z żartobliwym wyrzutem.

- Nienawidzę Czajkowskiego, bo był Rosjaninem tak jak mój mąż, który właśnie w tej chwili zdradza mnie w mojej własnej sypialni - krzyknęłam i wybuchnęłam płaczem.

Tak poznałam Andrzeja.
Usiedliśmy na ławce w parku. Długo płakałam do widoku sypialni, który raz po raz rozbłyskiwał w mojej głowie.

- Proszę pani, niech pani się w końcu uśmiechnie, bo ono też jest smutne. Niemowlęta czują, w jakim nastroju jest mamusia - mówił Andrzej, przykładając ucho do mojego brzucha. - Słyszę, jak płacze. Musimy coś temu zaradzić.

W końcu przypomniałam sobie, że już czas odebrać Zosię od mojej siostry. Podeszliśmy do ulicznej pompy, Andrzej pompował, a ja myłam sobie twarz pod zimny strumieniem. Nie chciałam, aby Zosia zauważyła, że płakałam. Nie chciałam również niczego opowiadać mojej siostrze, która uwielbiała swego wpływowego szwagra.

- Chyba ta baba juz poszła - powiedziałam niepewnie do siebie, gdy Andrzej odprowadzał mnie i Zosię do tramwaju.

- Jaka baba, mamusiu? - zapytała Zosia.

- Nie mówi się„baba“, tylko pani - poprawiłam ją mechanicznie.

- Jestem pewien, że ją wyrzucił - szepnął Andrzej. - Ja bym tak zrobił... To znaczy ja bym jej w ogóle nie wpuścił do naszej sypialni... Ach… Pani tramwaj nadjeżdża.

Zawahałam się.

- Nie pozbierała się pani jeszcze? - zapytał Andrzej ze zrozumieniem. - Zróbmy tak: Pojedziemy na razie do mnie, mieszkam tu zaraz, na Ochocie, dla Zosi przygotuję kolację, a dla niemowlęcia zagram na fortepianie piękną melodię, aby poweselał. Ale musi pani usiąść bardzo blisko, żeby dobrze słyszał...

Tego wieczora willa Andrzeja na Ochocie stała się moim domem. Andrzej bardzo kochał mnie i dzieci. Powtarzał często, że ja jestem jego muzą, a Zosia i Misza jego „muziami“.
Przez pięć lat wydawało mi się, że stałam się ulubieńcem bogów. To były najpiękniejsze lata mojego życia.

Pewnego dnia spadł na nas okrutny cios.
Ktoś zadzwonił do drzwi.
W progu stal Aleksander.
Odnalazł mnie.
Nie chciałam słuchać jego tłumaczeń i próśb. Miałam nadzieję, że zniechęcę go brakiem reakcji na jego próby nawiązania kontaktu.
Po krótkim czasie przyszło wezwanie do sądu.
Cóż może nam grozić, myślałam, wszak to on dopuścił się zdrady, rodzina rozpadła się z jego winy, Zosia go nie pamięta, Misza go nigdy nie poznał, nic od niego nie chcemy, żadnych alimentów, co najwyżej rozwód.
Tak naprawdę rozprawa sądowa okazała się farsą wyreżyserowaną przez Aleksandra przyjaciół z partii. Pewnie musiałabym się głośno roześmiać, gdyby nie fakt, że był to mój osobisty koszmar.
W ciągu godziny pozbawiono mnie wszelkich praw rodzicielskich, przyznając dzieci Aleksandrowi. Wyrok stał się prawomocny z chwilą ogłoszenia.
Jeszcze nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam, a już z jednego z pokojów umundurowana kobieta wyprowadziła Zosię i Miszę i podała ich rączki Aleksandrowi.
Dzieci próbowały się wyrwać. Aleksander trzymał mocno. Zrobił dwa kroki do przodu, ciągnąc je za sobą. Przerażone odwracały do mnie główki, wołając z płaczem:

- Mama! Mama!

Zdrętwiałam. Zdawało mi się, że chwila śmierci nie może być straszniejsza.
Andrzej otoczył mnie ramieniem.

- Aleksaaander! - zawyłam.

Na korytarzu zrobiło się cicho. Wszyscy zamarli w bezruchu.

Aleksander przystanął. Odwrócił się do mnie i otwarcie popatrzył mi w twarz.

- W moim sercu i moim domu jest zawsze miejsce dla ciebie - powiedział głośno. Wyciągnął rękę w zapraszającym geście.

Drgnęłam. Spojrzałam na Andrzeja. Błagalnie i przepraszająco.
Wyglądał strasznie. Ale cofnął swoje opiekuńcze ramię i mrugnął, jakby chciał dać mi znać, że rozumie.

Zaraz potem wyjechaliśmy na stałe do Moskwy. Można by pomyśleć, że uwięziona w tym kraju przechodziłam katorgi. Tak jednak nie było.
Aleksander, który za wszelką cenę chciał mieć kochającą rodzinę, stanął na wysokości zadania. Taktownie nie zbliżał się do mnie, respektował moją rozpacz i tęsknotę za Andrzejem, dokładał wszelkich starań, abym najpierw przestała go nienawidzić, później delikatnie zabiegał o moją sympatię. Dzieci szybko go polubiły i pokochały. Jedyną rzeczą, która sprawiała mi ból, była moja miłość do Andrzeja.
Aleksander wprawdzie nie kontrolował mojej korespondencji, mimo to nie próbowałam kontaktować się z Andrzejem. Uważałam, że tak będzie lepiej dla nas wszystkich. Po co kultywować ból?

Minęło ponad trzydzieści lat.
Na wielkich afiszach w Moskwie pojawiła się twarz Andrzeja. Miał za parę tygodni dawać recital fortepianowy w filharmonii.
Łzy ciekły mi po twarzy, gdy po raz pierwszy ujrzałam go na plakacie. Wracałam akurat z Zosią i jej córeczką ze spaceru. Stanęłam jak wryta. Serce zaczęło mi dudnić młotem. Nie mogłam oderwać wzroku od afiszu.

- Babuszka, szto z toboj? - zapytała moja wnuczka zaniepokojona, patrząc na moje łzy.

- Przestań mówić do mnie po rosyjsku! - warknęłam ze złością.

Dziecko przestraszone wytrzeszczyło oczy na mnie. Zosia pogłaskała mnie delikatnie po ramieniu. Przytuliłam je obie mocno.
Te kilka tygodni chodziłam jak w gorączce. Dni wlokły się niemiłosierne. Nie mogłam pojąć, dlaczego minuta ma aż sześćdziesiąt sekund, dzień aż dwadzieścia cztery godziny, tydzień aż siedem dni.
W końcu doczekałam się.
Stanęłam pod gmachem budynku filharmonii, dzierżąc bilet w ręce jak klucz od bramy do krainy szczęścia.
Jednak cos nie pozwalało mi wejść. Występ trwał już pół godziny, a ja wciąż tylko stałam i patrzyłam na ten dom.
Znowu zaczęłam płakać. Oparłam się o mur i przymknęłam oczy. Muzyka Andrzeja dochodziła z głośników na ulicę. Poznałam melodię, którą skomponował dla mnie, i którą często grywał wieczorami. Zdawało mi się, że pod przymkniętymi powiekami widzę jego smukłe palce, biegające po klawiszach.

„Kocham cię, Andrzeju. Kocham cię!“ – wołałam bezgłośnie.

Nagle poczułam czyjąś rękę na ramieniu.
Otworzyłam oczy.
Aleksander.
Nie uśmiechał się. Patrzył na mnie przez chwilę, po czym przytulił mnie do siebie.

- Chodź do domu - powiedział miękko.

Kiedy Związek Radziecki zaczął się chwiać, mój mąż umarł. Nie chciał przeżywać klęski tego, w co tak mocno wierzył.

Otworzono granice.
Paszport.
Samolot lecący do Warszawy.
Wybiegłam jako pierwsza, tak szybko, jak tylko pozwalały mi na to moje stare nogi.
Mimo to spóźniłam się...

Wstaję i zapalam światło. Okna sypialni natychmiast podłapują moje odbicie. Pochylam się nad kołdrą i dopiero teraz poznaję, że to ta sama pościel, biała w kremowe maki, w której spaliśmy w przeddzień rozstania.
Mój dobry Andrzeju, czyżbyś nigdy więcej nie używał tego pokoju?
Rozglądam się po sypialni, dotykam szafy, lampki nocnej, stołu. Szyby okienne naśladują moje ruchy, jakby chciały je zintensyfikować, aby nadrobić stracone lata.

Późnojesienne słońce przymila się do mojej pomarszczonej twarzy. Siedzimy pod rozłożystym orzechem.
Zosia nalewa herbaty do filiżanek rozstawionych na ogrodowym stole.
Notariusz, starszy pan, i młody adwokat, których zaprosiliśmy do nas po załatwieniu spraw formalnych, rozmawiają z mężem Zosi po angielsku. On nie zna polskiego, oni rosyjskiego.
Oparta do tyłu obserwuję ich w milczeniu. Śmieszy mnie, gdy zięć co rusz z niepokojem spogląda do góry na orzechy, które spadają przy najlżejszym podmuchu wiatru.
Przypominam sobie, jak pewnego jesiennego dnia orzech spadł Andrzejowi prosto na głowę. Zirytowany rzucił butem w gałąź, na co drzewo odpowiedziało gęstym gradem. Orzechy zasypały nas wszystkich, wpadając nawet za swetry, do filiżanek z herbatą i kubków z mlekiem. Po chwili zaskoczenia zareagowaliśmy wybuchem serdecznej wesołości. Perlisty śmiech dzieci rozbrzmiewał po całym ogrodzie.

- To wszystko da się łatwo sprzedać - słyszę głos córki.

Niedbałym gestem wskazuje na dom i ogród.
Nie odzywam się. Ach, Zosiu, zapomniałaś, jakie piękne chwile przeżyliśmy tutaj.
Wsuwam rękę do kieszeni i palcami namacuję list, który wczoraj przekazał mi siwowłosy notariusz. Moj największy skarb. Andrzej zawsze wierzył, że kiedyś pękną granice mojego czerwonego więzienia i wtedy natychmiast wrócę do Warszawy. Na Ochotę, gdzie ma się ochotę żyć i śmiać, i kochać. Do naszego domu. Do niego.
Starszy pan uśmiecha się do mnie. On już wie, jak wypadnie moja decyzja.
Odpowiadam uśmiechem.
Zosia patrzy na mnie trochę zaskoczona, trochę rozczarowana. Widocznie i ona odgadła moje myśli.

- Przyniosę jeszcze herbaty - mówi cicho.

Z pustym dzbankiem idzie do kuchni. Przecina trawnik, wchodzi w alejkę porzeczkową, ginie za krzewem bzu i wyłania się na werandzie. Przez chwilę wpatruje się w tabliczkę z moim imieniem, którą Andrzej przybił nawet na drzwiach prowadzących do ogrodu, po czym znika wewnątrz domu.
_________________
Umbra Eight
 
 
Dyzma 

Dołączył: 25 Mar 2011
Posty: 22
Skąd: ulica Kaliska- Stara Ochota
Wysłany: 2011-09-09, 23:17   

Ciekawe to opowiadanie, Umbra.... życie chyba też nie zawsze jest takie proste. "Jeśli idziesz prostą drogą, nie zajdziesz daleko". Jakoś tak chyba powiedział Mały Książę. Te czasy też trochę gmatwały, wpływały nawet na jednostkowe, prywatne życia.
 
 
Dawid 

Wiek: 37
Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 107
Skąd: Nowy Jork
Wysłany: 2011-09-11, 23:19   

Przyznam, ze nie znam tych czasow. Ale jesli tylko mozliwe bylo cos podobnego, to ten system byl o kant pilki potrzaskac.
_________________
Dawid
 
 
Karolina 

Dołączyła: 14 Mar 2011
Posty: 45
Skąd: Ochota-Jasielska
Wysłany: 2011-09-23, 12:09   słóweczko ode mnie

Bardzo ciekawe to opowiadanie :-> , a Tobie, Dyzma, chyba się coś pochrzaniło - przecież to była zupełna tragedia dla tej kobiety! Można powiedzieć, że zmarnowała życie, a właściwie zmarnowano jej życie. Oczywiście na tle jeszcze gorszych czasów, czy bardziej piekielnych miejsc na tej ziemi nawet w tej chwili - jej historia to tylko melodramat. Ale jednak dramat w tym jest. ;-)
 
 
Agnieszka 

Wiek: 39
Dołączyła: 29 Cze 2011
Posty: 32
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2011-09-23, 23:35   

Tyle poświęcenia, tyle miłości, tyle smutku... Czy ja też bym tak potrafiła?
_________________
Agnieszka
 
 
PRex 

Wiek: 49
Dołączył: 12 Lip 2011
Posty: 112
Skąd: USA
Wysłany: 2011-10-29, 14:03   

Agnieszka, to samo pytanie zadałem sobie kilka razy. Ale brak odpowiedzi. Myślę, że my mężczyźni nie jesteśmy zdolni do takich poświęceń jak kobiety.
_________________
PRex
 
 
jumals 

Dołączył: 21 Lut 2017
Posty: 2
Skąd: Gdynia
Wysłany: 2017-02-21, 03:48   

piękne to jest!
_________________
Read full report
 
 
tola299 

Dołączyła: 22 Sie 2017
Posty: 87
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2018-11-02, 10:03   

Jeśli szukacie dobrej i ładne pościeli do domu to polecam zajrzeć na stronę https://www.lozkoholicy.p...usowe-1838.html Chyba każdy ucieszy się z takiego prezentu jak nowa ładna pościel. Na stronie Macie ogromny wybór pościeli różne kolory i wzory i koce i kołdry. Bardzo fajna i ciekawa strona polecam serdecznie. Można kupić w dobrej cenie.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione