Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
O Powstaniu Warszawskim opowiada Jan B. Tereszczenko
Autor Wiadomość
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2014-08-02, 01:29   O Powstaniu Warszawskim opowiada Jan B. Tereszczenko

O Powstaniu Warszawskim opowiada Jan B. Tereszczenko, który w 1944 roku miał 11 lat
Jan B. Tereszczenko, architekt i malarz, z sukcesami wypełniający również inne pasje jak dziennikarskie, sportowe i społeczne, mieszka od połowy lat 60-tych poza granicami Polski, w tym w Kanadzie i Singapurze.

Przed wojną, w czasie okupacji oraz w czasie pierwszej fazy powstania mieszkał z mamą – malarką Jadwigą Tereszczenko – i panią gosposią Helą w kamienicy przy Alejach Jerozolimskich vis’avis Dworca Głównego ( w miejscu dzisiejszego Dworca Śródmieście )… po wojnie wrócili do swojej kamienicy i mieszkania, które cudem ocalało wśród morza warszawskich ruin …

PIERWSZY DZIEŃ POWSTANIA

„ A teraz wróćmy do pierwszego sierpnia 1944 roku, godzina piąta piętnaście. Burkacki właśnie zamknął bramę zawierającą kilkudziesięciu przypadkowych przechodniów, którzy schronili się tam w momencie rozpoczęcia się strzelaniny i teraz stoją zdezorientowani, co dalej …?
Pobiegłem na górę. Mama podniecona, Helcia… Mimo woli wszyscy automatycznie do okien. Właśnie w tym momencie, na dole przed nami, wysnuł się z Dworca Głównego szpaler żołnierzy, w hełmach, z karabinami i pochyleni ku ziemi rozbiegli się tyralierą, zalegając wzdłuż siatki odgradzającej Aleje od płyty po starym dworcu, dokładnie pod naszym balkonem. Leżą teraz, skierowani w kierunku wielkiej półkolistej drewnianej hali Dworca Pocztowego po drugiej strony płyty. Nawołują się co jakiś czas i gestykulują. Mija czas. Strzelanina nie ustaje. Patrzę w kierunku stanowiska przeciwlotniczego na szczycie Dworca Głównego. Roi się tam od personelu w pełnym uzbrojeniu. Wydają się bardzo podnieceni. Kiedy tak stoimy w niewątpliwym oniemieniu, sparaliżowani rozgrywającym się przed naszymi oczami teatrem walki, trzaska szyba w oberlufcie ponad oknem. Najpierw osłupienie, a potem łapie mnie Mama za rękaw i odciąga w narożnik za firanką, gdzie wydaje się jej, że jest bezpieczniej. Stamtąd już obserwujemy jak po drugiej stronie płyty patrol wojskowy targa z dużym wysiłkiem granatnik i ustawia go zaraz powyżej okapu tej hali. Inni donoszą amunicję i już za chwilę granatnik zaczyna swoją pracę. Załadowany: PAF .. ! Załadowany: PAF…! Załadowany: PAF… !
(….)
Aż nagle, gdzieś z boku drewnianej hali dworca pocztowego widać najpierw mały, a potem coraz większy unoszący się dymek. Potem już dym coraz bardziej skłębiony, a wkrótce płomienie. W kilka chwil później cały budynek stoi w płomieniach.”"

Wiele lat później, pod koniec lat 60-tych, autor tych wspomnień już jako obywatel amerykański mieszkający w Providence, Rhode Island dostaje list od swojej matki Jadwigi Tereszczenko, aby odebrać list i przesyłkę od pewnego człowieka mieszkającego w miejscowości oddalonej o trzy godziny drogi. Okazał się nim żołnierz AK, dowódca odcinka Chmielnej przylegającej do Dworca Głównego, gdzie rozpoczęli swoją walkę powstańczą. Na pytanie Jana Tereszczenki, czy pamięta pożar dworca pocztowego ( wielkiej drewnianej hali wybudowanej tuż przed powstaniem), który wybuchł około 7 wieczorem, odpowiedział, że to na jego rozkaz hala została podpalona. Tylko taki sposób wydawał się skuteczny, by zatrzymać ostrzał z granatnika ustawionego przez Niemców nad halą dworca pocztowego, obserwowanego tak uważnie z okna przez 11-letniego chłopca.

„ Załoga granatnika zbiegła zostawiając sprzęt. Znalazłem po wojnie powykręcany ogniem złom granatnika na spalenisku w miejscu, gdzie stała hala. (…) Kiedy już płomienie ogarnęły cały budynek i kiedy rozmiar tego pożaru przekroczył jakąkolwiek widzianą przeze mnie konflagrację, mam przed oczami Mamę, stojącą na środku pokoju, z wypiekami, deklarującą: Helciu..! Jasiu…! To sygnał do powstania! To jest „pożar młynów na Solcu”.
(…)
Oczywiście przy blaskach dopalającego się pożaru i zapadającego powoli sierpniowego zmroku nie zdawaliśmy sobie sprawy z mapy zjawisk politycznych, taktycznych, strategicznych, czy nawet technicznych otaczającej nas skomplikowanej konfiguracji.
- Czy państwo schodzą do schronu ? – zapytała pani Dobrzańska od drzwi – Bo my schodzimy. U jest bardzo niebezpiecznie. Kule padają i cały dom może spłonąć ….
Po konsultacji z panem Bocheńskim, który mimo woli stał się de facto przywódcą kamienicy, zabrawszy jakieś manele i bambetle do spania, udaliśmy się – Helcia, Mama i ja do schronu, czyli do piwnicy.
Kto wymyślił, że piwnice kamienic mogą służyć jako schrony przeciw-czemukolwiek? Był to niewątpliwie biurokratyczny pomysł LOPP (Ligi Ochrony Przeciw Powietrznej) jeszcze sprzed wojny. Malowano nawet takie białe pasy w miejscach, gdzie znajdowały się okienka piwniczne, na wypadek, że gdyby zawaliła się chałupa, po tych pasach dotarłoby się do zasypanych lokatorów. Natomiast rzeczywiście poprzebijano między wszystkimi piwnicami dziury, tak że w zasadzie można było cyrkulować po podziemiach na przestrzeni całych bloków, (ulic), a może nawet i dzielnic. (…)
Więc do tych to piwnic przeniósł się cały garnitur lokatorski naszego domu, razem z gronem przypadkowych, przyłapanych wypadkami przechodniów. Nie trzeba dodawać, że lokatorzy domu wzięli tych biednych zabłąkanych pod swoją opiekę, bowiem nie da się ukryć była wtedy solidarność w narodzie. A wszystkiemu przewodził pan Bocheński. „

:arrow: Z książki biograficznej Jana B. Tereszczenki pt. "Wspomnienia warszawiaka egocentrysty: "JA"" (wydanej przez Muzeum Historyczne m.st. Warszawy 2012r.), str. 159, 160, 161, 162, 163.

Janek Tereszczenko z mamą - Jadwigą Tereszczenko i ojcem, przed wojną, Aleje Jerozolimskie..JPG
Plik ściągnięto 264 raz(y) 1,48 MB

_________________
BABA JAGA
Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2014-08-04, 14:09, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
KKA 

Dołączyła: 16 Mar 2011
Posty: 218
Skąd: Ochota-Szczęśliwice
Wysłany: 2014-08-04, 00:14   

Pan Jan B. Tereszczenko napisał do Jerzego Słomczyńskiego :

Dziękuję, Panie Jureczku, za tę wstawkę na ‘Forum Ochoty’…
Bardzo żałuję, że nie mogę osobiście uczestniczyć, a to już 70 lat…

I serdecznie pozdrawiam…

Jan (TEKO)


W następnej korespondencji przesłał swój najnowszy obraz akwarelą, przedstawiający kolejny fragment Edmonton (Kanada), którego od wielu lat jest mieszkańcem.
:-)

C_2014_CHINESE_LIBRARY_IN_YEG_BY_JAN.JPG
Plik ściągnięto 69 raz(y) 899,43 KB

_________________
KKA
 
 
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2014-08-04, 00:28   DRUGI DZIEŃ POWSTANIA - wspomina Jan B. Tereszczenko

DRUGI DZIEŃ POWSTANIA
Wspomina Jan B. Tereszczenko

„Następny dzień był słoneczny i ciepły i gdyby nieprzerwana strzelanina, właściwie byłoby idyllicznie. Po stwierdzeniu, że to wydarzenie za oknami to jednak POWSTANIE, opanowała wszystkich jakaś entuzjastyczna radość. Nie było nawet szczypty pesymizmu. Co prawda w kranach była jeszcze woda i nawet elektryczność funkcjonowała, a każdy miał porobione zapasy. Nie martwiono się więc jutro, o głód, o to że pociski mogły nie omijać naszego domu i faktycznie go nie omijały. Na przykład szereg małych okienek w bramie zostało już wybitych, a po linii bramy ponad fontanną z głową lwa widać było szereg świeżych śladów od kul.
Na czym więc polegała zabawa warszawskich dzieci czasu powstania, ze mną włącznie ( lub może nawet na czele), skupionych na naszym podwórku? Na jak najszybszym przebiegnięciu na drugą stronę podwórza, dokładnie w poprzek linii strzału, i z powrotem. (…)
I wtedy zupełnie niespodzianie, niewytłumaczalnie, bezprzyczynowo i właściwie bez żadnego uzasadnienia wychynął z przejść między piwnicami sąsiadujących domów warszawski żulik, ulicznik, dziecko ulicy, obdartus, dziki, brudny, butny, bystry, DUMNY! Tym dumniejszy, że niósł od jednej piwnicy do drugiej ważną wiadomość, że ON ten nieulękniony przed żadnym niebezpieczeństwem urwis widział na własne oczy, jak na szczycie „Prudentialu” (później Hotel Warszawa) powiewała POLSKA FLAGA! Wszystkim lokatorom ( i MNIE) opadły szczęki. Złapałem Mańka i Januszka Bocheńskiego i kuchenną klatką schodową szurnęliśmy do naszego mieszkania. Ale ja wiedziałem przecież, że z naszego balkonu nie było widać „Prudentialu”: zasłaniała go tylna ściana znanej warszawskiej śródmiejskiej rudery z reklamą bateryjek „Centra” na szczycie. Polecieliśmy więc o piętro wyżej, a potem znów o piętro wyżej, ale wszystkie lokale były zamknięte. Na szczycie naszej kamienicy znajdował się obszerny strych, gdzie wieszano bieliznę po praniu. Znałem ten strych z moich rozlicznych wędrówek po wszystkich zakamarkach kamienicy i pamiętałem, że w dachu ponad strychem były małe świetliki, rzucające tu i tam marne światło. W kilku skokach byliśmy już przy frontowym świetliku. Ale traf chciał, że ten frontowy nie patrzył w kierunku „Prudentialu” i upragnionego przez nas widoku. Upragnionego, bo nie widziano przecież w Warszawie polskiej flagi już od pięciu prawie lat i perspektywa zjawienia się na podwórzu w gronie lokatorskim z wiadomością, że my też widzieliśmy właśnie POLSKĄ FLAGĘ, była nie do odparcia. Przytargałem jakąś pakę, stanąłem na niej i nie zastanawiając się nad konsekwencjami rozpocząłem majdrowanie dachówką ceramiczną celem otworzenia sobie widoku na „Prudential”. Kiedy tak szamotałem się z tym detalem architektonicznym, okoliczne dachówki w sposób całkiem dla mnie niewytłumaczalny zaczęły nagle pękać. Dlaczego, dziwiło mnie, moje majdrowanie jedną dachówką powodowało pękanie sąsiednich ? Nic nie rozumiejąc, nagle usłyszałem : Złaź, Januszek! Oni do ciebie strzelają! –i Maniek ściągnął mnie z pudła. Czy padliśmy na podłogę? Czy w popłochu opuściliśmy strych ? W tamtym momencie historycznym żadne kule się mnie nie imały. Po chwili wścibiłem jednak znów moją głowinę w wyrajbowaną w dachu dziurę i rzeczywiście, ZOBACZYŁEM POWIEWAJĄCĄ NAD „PRUDENTIALEM” POLSKĄ BIAŁOCZERWONĄ FLAGĘ. Nie mogłem oderwać oczu. Inni też chcieli zobaczyć. Zeszliśmy na dół i ogłosiliśmy tę wieść światu.
Był to jeden z najważniejszych momentów w całym moim poprzednim, a i w późniejszym życiu.”

NASTĘPNE DNI POWSTANIA, do 10-ego sierpnia

(….)
Nasz dom stanowił niewątpliwie poważny punkt strategiczny i potrzebne były Niemcom nasze okna i balkony dla kontrolowania ogniem działalności powstańczej. Mieli też prawdopodobnie już wtedy całkiem uzasadnioną świadomość ruchów powstańczych po mieście przy pomocy podziemnych przejść i kanałów i wynikający z tego potworny lęk przed ewentualnym podejściem ich kluczowej pozycji na Dworcu Głównym. Postanowili więc na wszelki wypadek nas zneutralizować.
Faktycznie, mapa terenów opanowanych przez jedną lub przez drugą stronę wyglądała w tym czasie zgoła komicznie. Niech świadczy o tym fakt, że Aleje na wschód od Marszałkowskiej były w rękach powstańców, powstańcy byli również na Chmielnej, na Poznańskiej, na Emilii Plater i w budynku WIG’u (Wojskowy Instytut Geograficzny), Niemcy zaś na Dworcu Głównym, wzdłuż wykopu kolejowego, na Pankiewicza i na Barbary, poza tym w Muzeum Narodowym i wzdłuż wiaduktu Mostu Poniatowskiego z jednej strony, a na Żelaznej z drugiej. Ogień mógł więc przyjść z każdego kierunku, każdy krok stanowił niebezpieczeństwo. (…)
Tymczasem na nasze podwórze wtargnęli rozliczni bohaterowie Wehrmachtu, kazali pootwierać mieszkania i poustawiali w oknach i na balkonach różnego rodzaju bronie, ale przede wszystkim wzięli nas pod ścisły nadzór. Skończyły się skoki przez podwórze, swobodne odwiedzania mieszkań, itd. Społeczność lokatorska z piwnic przeniosła się do składu nasion Hosera, gdzie pozatykano okna workami nasion, wierząc widać, że worek jako taki chroni równie od pocisków, niezależnie od tego czy wypełniony jest czy wypełniony jest piaskiem czy pierzem. Odprawiano tam jakieś wspólne modły, nie pamiętam natomiast, co i kiedy jadaliśmy. Głodu co prawda nie było, ale nie pamiętam, na czym z braku naturalnych palenisk gotowano herbaty. Prawdopodobnie drobiazg taki jak codzienne pożywienie nie odgrywał wtedy dla mnie większej wagi; pamiętam natomiast dwie ulotki, które zrzucane przez niemieckich pilotów trafiły z początkiem Powstania na nasze podwórze. Pierwsza brzmiała mniej więcej tak:
„Polacy! Wizyta Mikołajczyka w Moskwie nie dała żadnego rezultatu. Wasza walka jest beznadziejna i skazana na zagładę. Wzywam wszystkich żołnierzy powstania do zaprzestania walki i do złożenia broni. Dowództwo Wehrmachtu zapewni wam ludzkie traktowanie i prawa kombatanckie. Itd.
(podpisano) Dowódca Powstania Gen. (Bór) Komorowski.”

Ulotka była zastanawiająca. Kto to jest Mikołajczyk i co on niby miał robić w Moskwie? Dlaczego Dowódca Powstania, jakiś (Bór) Komorowski, nawołuje swoich żołnierzy do składania broni Wehrmachtowi, używając do tego niemieckiego lotnictwa? Pan Bocheński, pamiętam, podniósł ulotkę ku światłu i okazało się, że przez ten dziwaczny dokument polityczny przeświecała znakiem wodnym hitlerowska „gapa”. Znowu jakaś szwabska bujda! Ale w naszej świadomości pozostało, że jest jakiś Mikołajczyk – ktokolwiek on tam był – i że coś tam załatwiał w Moskwie, że jest jednak jakiś dowódca tego zamieszania i że nazywa się (Bór) Komorowski, nawet generał, i że żaden z jego żołnierzy nie da się przecież nabrać na takie bajduły.

Mijały dni. Do dźwięków powstania, do nieprzerwanego ognia karabinów, zwykłych i maszynowych, samolotów „Stukas” bombardujących miasto z lotu nurkowego, eksplozji bomb i pocisków artyleryjskich, doszedł jeszcze jeden dźwięk. Był to powtarzający się od czasu do czasu huk jak gdyby kolosalnego silnika spalinowego, ryjącego po firmamencie, albo monstrualnego zwierza wydającego wściekłe ryki pod sklepieniem niebios. Jeden za drugim.
- To jest „krowa” – zawyrokował pan Bacheński.
Ze wszystkich znanych broni „krowa” była największym utrapieniem i postrachem Powstania. Już sam dźwięk napawał przerażeniem, a eksplozja i dewastacja miała niebywałe rozmiary. Była to nowa broń rakietowa., „Nebelwerfer” ( całkiem nieprawidłowo nazwana: „miotacz dymu”). Niemcy celem stłumienia Powstania rzucili jak najwymyślniejsze dostępne im rodzaje broni i wojska: od formacji pancernych i lotnictwa poczynając aż po przeważający udział Waffen SS, znany z wojowniczości i okrucieństwa. Nigdy do tego czasu nie była Warszawa poddana tak dewastującej sile ognia i okrucieństwa przeciwnika. I to przeciw stosunkowo małej i niezwykle słabo uzbrojonej sile powstańczej. Fakt, że udało się chłopcom z AK przeciwstawić się tej nawale przez 63 dni, dowodzi niespotykanego bohaterstwa i desperackiego postanowienia walki, za kolosalna wprost cenę.
W tym układzie sił nasza sytuacja była całkiem odmienna. Okupujący nas żołnierze zachowywali się w zasadzie poprawnie. Donieśli nam, że na dachu domu zainstalowano „czerwoną flagę”, sygnał dla samolotów, by nie bombardowały swoich, no i w gruncie rzeczy mieliśmy spokój. Ranny, z ręką na temblaku młody Unterbahnfuhrer SS, postrzelony w czasie forsowania Alei Jerozolimskich podczas wycofywania się z Pragi – ale mimo rany dowodzący odcinkiem – donosił nam od czasu do czasu o sytuacji na polu walki, i trwało to tak, aż po 10 sierpnia, kiedy to pospadały na nasze podwórko inne ulotki. Nawoływały one mieszkańców Warszawy w języku nieznającym sprzeciwu do opuszczenia miasta. Oto tekst ulotki:

(hitlerowska „gapa”)
ULTIMATUM
do ludności miasta Warszawy!
Niemieckie naczelne dowództwo pragnie uniknąć niepotrzebnego przelewu krwi, który szczególnie dotknie niewinne kobiety i dzieci, i wobec tego ogłasza następujące wezwanie:
1. Ludność zostaje wezwana do opuszczenia Warszawy w zachodnim kierunku z białymi chustami w ręku.
2. Niemieckie naczelne dowództwo gwarantuje, że żaden mieszkaniec Warszawy, dobrowolnie opuszczający miasto, nie dozna żadnej krzywdy.

… i tak dalej, i tak dalej, … aż wreszcie:
6. Ludność polska wie, że armia niemiecka walczy jedynie z bolszewizmem. Kto w dalszym ciągu daje się wykorzystać jako narzędzie bolszewizmu, bez względu na to, pod jakim hasłem, zostanie bez wszelkich skrupułów pociągnięty do odpowiedzialności.
7. Ultimatum to jest terminowe.

Głównodowodzący


(Faksymile tej ulotki, z pełnym tekstem, zamieszczone jest w monografii: „Miasto nieujarzmione” Iskry, Warszawa 1957)


Takich tekstów nasłuchaliśmy się byli wszyscy już przez pięć ładnych lat i jeszcze jeden taki i to w przededniu zwycięstwa i wyzwolenia, toteż nie sprawiał żadnego wrażenia. Konsensus był tak jednomyślny, że pojawienie się jakiegokolwiek dysydenta spotkałoby się tylko z parsknięciem śmiechem i z machnięciem ręką. Niemcy co prawda cos tam szeptali po kątach i wyglądali złowrogo, ale postanowienie domu było bezapelacyjne : Nigdzie nie idziemy i koniec!


Fragment rozdziału „Powstanie” książki Jana B. Tereszczenki pt. „Wspomnienia warszawiaka ego centrysty: „JA””(wydanej przez Muzeum Historyczne m.st. Warszawy w 2012 roku), fragmenty ze stron 163, 164, 165, 166, 167 i 168.


IMG_7904.JPG
Widok na dzisiejszą spokojną Warszawę z dachów Starej Ochoty.
Plik ściągnięto 59 raz(y) 1,3 MB

_________________
BABA JAGA
Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2014-08-04, 22:34, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Maus 

Dołączyła: 22 Lut 2011
Posty: 24
Skąd: Warszawa-Włochy
Wysłany: 2014-08-10, 23:24   

Ciekawe, bo to powstanie widziane oczami chłopca i zwykłych ludzi. Ja nawet wolę opowiadania mieszkańców niż różnych uczestników walk, którzy nie mogą być obiektywni - mogli zostać bohaterami, mogli czuć cały tragizm i dramatyzm, ale jednak oni wybrali świadomie walkę, a inni - pomimo tęsknoty za wolnością - zostali jakby biernymi uczestnikami wydarzeń, a czasem bycie biernym a przez to bardzo bezbronnym jest dużo trudniejsze i bardziej straszne niż walka, nawet skazana na klęskę.
 
 
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2014-08-15, 23:46   

11 sierpnia 1944 – wyjście …

"Następnego dnia był 11 sierpnia i od samego rana dzień zapowiadał się ciepło i słonecznie.

Rano, może koło dziewiątej, przyszedł Unterbahnfuhrer SS, z ręką na temblaku, tenże z takim innym, widocznie przebranym niby za niemieckiego żołnierza, bo mu szynel nie pasował, a buty miał zdecydowanie cywilne, i obaj najpierw po niemiecku, a potem ten drugi łamaną polszczyzną ogłosili, że mamy się ewakuować dobrowolnie … ! Przeczytał też ów „surdut” cały tekst tej ulotki, którą i tak znaliśmy i zapytał, czy idziemy?

- Nigdzie nie idziemy! My zostajemy w Warszawie… !

No to może godzinę później, we wrzaskach i przynagleniach, zagnano nas wszystkich na podwórko, i …. Poszliśmy. Nazywa się: „wyszliśmy z Warszawy”.
Nie było to wcale takie proste. Następnie przede wszystkim przemyśleć, jakie dobra zabrać ze sobą, i w jakich tobołkach. Następnie to wszystko spakować, biorąc pod uwagę konieczność noszenia walizek w ręku (plecaków jeszcze wtedy nie wymyślono) i nie zapomnieć o jedzeniu. A wszystko w pośpiechu i ponagleniach.

Ostatecznie ustawił się nasz pochód (z białymi chustami w ręku) i najpierw piwnicami przez podziemia przyległego Hotelu „Central”, a następnie wyczołgowując się kobiety i dzieci, mężczyźni i starcy oraz niedołęgi fizyczne ( „dezorcynio” ) itd. przez okienko piwniczne na Pankiewicza. Z wieży Dworca Głównego obserwowali nasz formujący się pochód ludzki artylerzyści przeciwlotniczy, a cała ulica wypełniona była uzbrojonym żołdactwem.
Kierunek na Nowogrodzką. Marsz!

Przed kinem „Roma” uformował się był już pochód innych mieszkańców z naszego bloku ( a między innymi rodzina wuja Mamy, Mantka Eberhardta, warszawskiego adwokata, z żoną i córką Halinką, ale ich nie spotkaliśmy) i wzdłuż ulicy Nowogrodzkiej poczęła posuwać się gąsienica ludzkości obserwowana przez grupę oficerów SS, stojących wzdłuż ulicy aż po narożnik Barbary. Uśmiechali się nawet do nas i machali nam przyjaźnie rękami. Na pożegnanie okazało się wkrótce, bowiem od skrzyżowania Emilii Plater obiecana opieka Wehrmacht’u rozwiała się jak fata morgana i tak znaleźliśmy się na ziemi niczyjej. W perspektywie ulicy widać było co prawda barykadę przy Wspólnej i zamocowany na niej sztandar biało czerwony, ale na nasze intensywne machania białymi chustami nikt nie odmachiwał, ani do zmiany kierunku nie zachęcał. Posuwał się więc nasz pochód powoli aż na rogu Chałubińskiego, po stronie Ogrodu Pomologicznego, a po drugiej stronie ulicy od naszej kolumny pochód nasz natknął się na zgoła dziwną scenę. Pośrodku koliście uformowanych, a wyglądających dość posadnie , eleganckich waliz siedziała kobieta i wyglądało, że spała. Miała pochyloną głowę i jak dawało się zauważyć nieco żółtawy kolor skóry. Zastanowiło mnie: dlaczego żółtawy?

- Proszę pani …, pani ! – zawołał ktoś z naszej grupy – Niech pani tam nie siedzi, tylko niech pani idzie z nami. Tam jest niebezpiecznie. Proszę dołączyć do nas i iść z nami… !

Ale kobieta nie reagowała. Bohaterski jak zwykle pan Bocheński jednym susem przeskoczył na drugą stronę ulicy, ale kiedy potrząsając za ramię próbował ją obudzić, ta osunęła się i upadła na ziemię. Biedna, nie żyła. Czy dogonił ja jakiś zabłąkany pocisk ? Czy tez wskutek targania tych eleganckich bagaży powalił ją atak serca? Pan Bocheński wrócił do pochodu; zapanowało milczenie i pochód ruszył dalej, zostawiając ją z tymi walizami na narożniku, niezidentyfikowaną, pożółkłą i zapomnianą. Był to już drugi trup ludzki w moim życiu, a przecież jeden z setek tysięcy zabitych po całej Warszawie. ( Po wojnie znalazłem na tym narożniku prowizoryczny grób; widać pogrzebano ją tam gdzie zasnęła; później te prowizoryczne groby ekshumowano i jedyny ślad po jej istnieniu zostaje jedynie tutaj, w tym zapisie).

Machając chustami przekroczyliśmy Chałubińskiego i Nowogrodzką i podeszliśmy na tę stronę ulicy, gdzie rozciągał się mur Szpitala Dzieciątka Jezus. Zaraz za rogiem była żelazna brama, a w niej, za kratami, dziesiątki głów przyglądających się naszemu pochodowi.
- Panie doktorze ! – zawołała Mama, poznając w tłumie znajomą postać. – Czy możemy zostać z wami, czy możemy wejść do szpitala ?
Doktor miał na twarzy wyraz przychylnego zrozumienia i nawet zaczęto właśnie uchylać drzwi wejściowe, kiedy tak wielki tłum kandydatów rzucił się w ich kierunku, że drzwi zatrzasnęły się z powrotem, a doktor rozłożywszy ręce wymienił z Mamą porozumiewawcze spojrzenia. Nie mając innego wyjścia nasz pochód ruszył dalej.
- Może to i lepiej … - zawyrokowała Mama.
Poszliśmy.

Na wysokości WIG-u, który swoją nowoczesną bryłą górował nad staroświeckością ulicy Nowogrodzkiej, uwagę moją przykuła inna dziwna scena. Na jednym z wyższych pięter poukładano w oknie worki z piaskiem, o które oparty był karabin maszynowy. Załoga składająca się z kilku ludzi przyglądała się nam w milczeniu, a wnosząc ze stylu brunatnych mundurów i czarnych czapek łącznie z fragmentarycznie tylko widoczną opaską na ramieniu wyglądali na umundurowanych NSDAP-owców albo funkcjonariuszy organizacji Todta. Lecz kiedy pochód nasz zrównał się z budynkiem, okazało się, że w dolnej części, w maleńkim przyulicznym ogródku stoi wokół innego okopanego kaemu kilku młodych ludzi i nawet dziewczyny, w dziwnych mundurach, z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu lub na hełmach.
- Powstańcy ! Hurrrah ! Jesteśmy uratowani !

Gęsiej skórki dostaje piszący to Autor, na samo wspomnienie niesłychanego entuzjazmu, jaki opanował wtedy nasz lokatorski korowód. Wyjaśniły się uśmieszki i pomachiwania rękami esesmańskiej szarży, żegnającej nas zaledwie kilka chwil przedtem. Myśli biegały we wszystkie strony. Dlaczego wysłano nas do dzielnicy powstańczej ? jaki był w tym niemiecki podstęp? Ach, jaka radość się w sercu rozpina, że jesteśmy nareszcie, po pięciu latach w wolnej Polsce. Jakkolwiek znikoma i krucha wydawał się ta placówka.

- Proszę państwa, proszę nie przebiegać do nas! To jest placówka wojskowa i żadnych cywili nie przyjmujemy. – wołali zaniepokojeni powstańcy.

Staliśmy przez kilka chwil patrząc na to niesłychane przecież zjawisko, napawając dusze nasze radością i odpoczywając od dźwigania naszych bagaży, kiedy ponaglani przez powstańców do dalszego marszu musieliśmy znów podnieść manele i kontynuować podróż.
Ruszyliśmy w kierunku Placu Starynkiewicza. Już z perspektywy ulicy widać było, że na samym środku placu, w poprzek torów kolejki EKD leżał tam kadłub zabitego konia, z potwornie wzdętym brzuchem i czterema sterczącymi w powietrze nogami. Ale bardziej od końskiego trupa zadziwiający był fakt, że kiedy nasza część kolumny zrównała się z tym zjawiskiem, inne znacznie bardziej niespodziewane przykuło naszą uwagę. Od przeciwnej strony, wzdłuż Nowogrodzkiej i w kierunku placówki powstańczej, biegł środkiem ulicy żołnierz, z karabinem, ale wyglądający jakoś inaczej. Spod furażerki wystawały mu bujne włosy i kołnierz miał rozchełstany, całkiem odmiennie niż w tradycji niemieckiego żołdactwa. Żołnierz minął konia i pobiegł, a my wędrowaliśmy dalej.

Już po przekroczeniu placu okazało się, że koło zbudowanego przy murze szpitalnym bunkra, w perspektywie ulicy, kręcili się Niemcy. Acha! To stąd przybiegł ten żołnierz. Ale jak to …? Tu powstańcy, tam Niemcy ? A między nimi biegający uzbrojony feldfebel? Nic tu nie klapowało. Nie było jednak czasu na konsultacje i dyskusje i nie mieliśmy do tego głowy. Powoli zbliżaliśmy się do otoczonego grupą wojska oficera SS, rozkraczonego, w butach z cholewami ( na wysoki połysk, oczywiście), stojącego wśród stosu łusek artyleryjskich poniewierających się po całej nawierzchni, kiedy nagle od strony przeciwnej ukazał się ten sam żołnierz, tym razem bez czapki i karabinu, z rozdartym z przodu mundurem i poturbowaną twarzą. Przechodząc koło naszej grupy, z wściekłością pchnął w kierunku ściany szpitala naszą sąsiadkę, panią Millerową, która padając na chodnik złamała – jak można przypuścić – rękę. Kilku mężczyzn natychmiast pomogło jej podnieść się z ziemi i podtrzymując pod ramiona próbowało prowadzić jęczącą kobietę. W tym momencie pochód stanął. Stałem o jakieś dziesięć, piętnaście kroków od esesmana, do którego teraz zbliżył się ów feldfebel, meldując po rosyjsku – pamiętam dokładnie tekst:

- Da, zdies’ Partyzanty; bron’ wziali, pobili … - skamlał i płakał.
Pani Millerowa, wysiedlona z poznańskiego starsza i elegancka kobieta, w bólu nadal podtrzymywana pod ramiona przez asystę, podeszła do esesmana, właśnie wysłuchującego meldunku tego dziwnego żołnierza i biegłą niemczyzną oskarżyła go o krzywdę, jaka ją spotkała. Mówiła o zapewnieniach danych ludności cywilnej przez Wehrmacht, o opiece, jakiej należało się spodziewać od niemieckiego wojska i o akcie przemocy jaki ją właśnie nieuzasadnienie spotkał. Oficer wysłuchał, zasalutował, coś jej odpowiedział, po czym odpinając kaburę pistoletu lewą ręką ( Niemcy nosili pistolety po lewej stronie pasa) i dobywszy broni, przystawił pistolet do skroni „Ukraińca”, i … STRZELIŁ.

Wiele lat później obiegła cały świat najpierw fotografia, a potem dokumentalna winieta filmowa, która singularnością przedstawionego w niej dramatu utrwaliła się na zawsze w kolektywnej psychice całej ludzkości. Na tym zdjęciu oficer policji miasta Sajgon stoi z wyciągniętą ręką, w której trzyma małokalibrowy rewolwer, skierowany do skroni podejrzanego Viet-Conga ze związanymi z tyłu rękami. Ma to miejsce w czasie słynnego ataku sił komunistycznych na Południowy Wietnam, odnotowanego jako Tets Offensive. Widziałem również film z tego wydarzenia. (….)
Esesman elegancko Pani Millerowej zasalutował, po czym wskazał nam dalszą drogę w kierunku Raszyńskiej.
Poszliśmy…

W jakimś dziwnie zmienionym nastroju grozy.
I całkiem uzasadnienie, bowiem przeżycia tego poranka były tylko przedsionkiem piekła, jakie przygotowywała nam historia tego popołudnia.
* * * *
Niezwykle wnikliwa, choć niepozbawiona tendencyjności monografia Antoniego Przygońskiego pt. „Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 r. (PWN, Warszawa 1980) z wielką precyzją i dokładnością omawia wszystkie detale układu sił po obu stronach tego monumentalnego zmagania się. Jest to książka trudna i w swojej akademickości nudna. Ale wynika z tej publikacji, że obok ściśle niemieckich formacji Wehrmachtu, SS, Policji i Luftwafe, brała udział w tłumieniu powstania również motłochowa banda uformowanych w ramach Waffen SS – albo obok – oddziałów składających się z byłych jeńców Czerwonej Armii, nacjonalistów ukraińskich, kałmuków i różnego innego autoramentu byłych obywateli sowieckich. Były tam więc formacje gen. Własowa, tzw. Własowców, z Russkoj Oswoboditielnoj Armji – ROA, brygada SS płk. Kamińskiego – RONA, pułk Azerbejdżański SS kałmuków Bermanna, pułk SS Wschodniomuzułmański oraz kompanie Kozaków i Ukraińców.
Niemcy nie ufali tym „Ukraińcom” i nie dawali im żadnych zadań bojowych. W boju bowiem nie spisywali się oni rycersko. Stanowili raczej tzw. Einssatzkommando, złożone z podpalaczy, niszczycieli, egzekucjonistów, gwałcicieli i rabusi. Ponieważ struktury militarne tego motłochu trudne były do rozszyfrowania, Polacy nadali im niesprawiedliwy tytuł „Ukraińców”. Piszę „Ukraińców” w cudzysłowie, aby nie zaliczać uzbeckich Kałmuków, czy nadwołżańskich Rosjan do Ukrainy, ale dla uczestników wychodzącej z Warszawy ludności cywilnej pijana swołocz, która została rzucona na ich bezbronne ciało, była Ukraińcami. I tak zostało.
Nasz pierwszy kontakt z tym motłochem – nie uwzględniając oczywiście zajścia z panią Millerową – odbył się na ulicy Raszyńskiej, gdzieś między Nowogrodzką a Daleką. Były tam jakieś garaże. Właśnie przed tymi garażami rzuciły się na nas po raz pierwszy sępy „ukraińskie”. Było ich kilku, charakterystycznie uczesanych z opadającym na bok lokiem włosów, w rozmemłanych mundurach i z bronią, jakiej nie widziano jeszcze czasu wojny w Warszawie.
- Dawaj czasy ! – to hasło, które będzie przyświecać późniejszej inwazji sowieckiej zaraz po wyzwoleniu, usłyszałem po raz pierwszy, kiedy „Ukrainiec” uzbrojony w PEPESZĘ rzucił się na mój ręczny zegarek i zerwał go razem z paskiem. Bardzo dumny byłem z mojego zegarka. Wyfasowała mi go Mama z jakiegoś szpargałowego cyferblatu, pan zegarmistrz doprawił paseczek i nosiłem to cudo na kiści ku mojej wielkiej radości i dumie. Spóźniał się ze dwadzieścia minut na dobę, ale tykał. No i poszedł do chronometrycznie nabrzmiałej kieszeni munduru "Ukraińca".
Dawaj czasy, dawaj latarenki – bo zabrał mi również „Ukrainiec” moją latarkę z bateryjką „Centra”, wiszącą mi na guziku zimowego płaszcza, i to na razie tylko tyle …

Poszliśmy dalej, z Raszyńskiej w Daleką, która cała stała właśnie w płomieniach. Po obu stronach kamienice mieszkalne i przeróżne budy płonęły właśnie i dziwacznie musiał wyglądać nasz pochód wędrujący wśród płomieni i osłaniający twarze od żaru płynącego ze wszech stron. A i „Ukraińców” kręciło się coraz więcej i kiedy wreszcie dotarliśmy do rogu Grójeckiej, zakomenderowano :
- Na prawo, na prawo …!
Roiło się tam już od niesłychanej wprost ilości ludzi nadchodzących od strony Towarowej i Woli, i fakt, że zawracaliśmy w tym tłumie pod prąd, był nie tyle zadziwiający – nic już nie dziwiło – ile zastanawiający ; bo niby co dalej ?
Między Placem Zawiszy a Daleką, wzdłuż Grójeckiej, a pewno i gdziekolwiek indziej, stała tam niezliczona ilość ruder, na ogół parterowych od ulicy, czasem z oficyną mieszkalną od podwórza. Do takiej właśnie rudery wpędzono całą naszą ludzką gromadę w wielkim tłoku i zamieszaniu, zamknięto za nami, i zaczęło się. Rewizja … ! Rewizja walizek, kieszeni, toreb, tobołów itd. Rozwalanie wszystkich rzeczy po ziemi, rzeczy tak pieczołowicie uprzednio spakowanych, a teraz przewalanych, kopanych, deptanych, rabowanych. Wszystko co miało wartość, biżuteria, pieniądze, złoto – a mieli Warszawiacy tego – szło do nadętych zrabowanym dobrem kieszeni mundurów „Ukraińców”. Byli przy tym pijani, wymachiwali bronią, tarmosili.
To kolejny fragment rozdziału „Powstanie” książki Jana B. Tereszczenki pt. „Wspomnienia warszawiaka ego centrysty: „JA””(wydanej przez Muzeum Historyczne m.st. Warszawy w 2012 roku)
_________________
BABA JAGA
Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2014-08-29, 22:18, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione