Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Jan Tereszczenko wspomina pobyt w Dulagu 121 w Pruszkowie
Autor Wiadomość
Jerzy_S 

Wiek: 68
Dołączył: 06 Kwi 2011
Posty: 721
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2014-12-07, 09:44   Jan Tereszczenko wspomina pobyt w Dulagu 121 w Pruszkowie

Jan Tereszczenko wspomina pobyt w Dulagu 121 w Pruszkowie


W odpowiedzi na mój link do opisu męczeństwa rodziny Janiszowskich z Ochoty ( :arrow: http://www.dulag121.pl/in...pt=pokaz&id=339 ),
Jan Tereszczenko przysłał mi opis swojego pobytu w Dulagu. Duża część tego opisu jest we Wspomnieniach Warszawiaka Egocentrysty, JA. To książka autorstwa Jana Tereszczenko.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

No, Drogi Panie Jureczku, nam się udało… Myśmy byli na tej samej Ochocie, ale o dzień później, 11 sierpnia, a na Zieleniaku jedynie kilka godzin… Wspominano nam wtedy, że poprzednia grupa była na Zieleniaku kilka dni.. Kiedyś czytałem wspomnienia kucharki sztabu tej RONA’y, który znajdował się zaraz po drugiej stronie Grójeckiej, od wejścia do Zieleniaka… Z tego wynikałoby, że ci oficerowie, z którymi rozmawiała moja Mama, to był m.in. sam Kaminski, (wnoszę, bo nie przedstawił się…)… A o tym ‘domu’, wspomina autor tego wspomnienia… Czarna, brudna kamienica…

Myśmy byli w Pruszkowie, dwa a może nawet trzy dni… Czyli nasz transport, częściowo do Oświęcimia, musiał być albo 13-go, albo 14-go sierpnia… Moje dociekanie jest, ŻE NASZE ODŁĄCZENIE W ŁOWICZU, BYŁO SPOWODOWANE BRAKIEM CIŚNIENIA PARY W LOKOMOTYWIE, stad przystawanie naszego transportu tu i tam, i ew. odłączenie końcowych wagonów… Jest to tylko teza, ale jak wytłumaczyć, że kilka wagonów odłączono i pozostawiono nawet nie otwartych, na peronach w Łowiczu…?

Poniżej urywek tej sytuacji z mojej Auto-Bio…

• • • • • •


Pociąg jechał dość wolno. Na stacji we Włochach stanął. Na peronie roiło się od ludzi podających przez okna, i przez niezamknięte drzwi wodę, jakieś chleby, jedzenie... Ludzie brali i dziękowali...

'Dokąd jedziemy...?' -- pytano ludzi na peronie.

'Do Pruszkowa...!' -- informowali.

Do Pruszkowa dojechaliśmy już w promieniach zachodzącego słońca. Pociąg zatrzymał się koło bramy, w narożniku bardzo długiego ceglanego muru, biegnącego wzdłuż torów zaraz koło przejazdu kolejowego. Nie było tam peronu, więc pasażerowie skakali na żwir torowiska wprost z wysokich drzwi wagonu. Wypatroszony w ten sposób pociąg po krótkiej chwili odjechał, widać po następną partię i nagle okazało się, że cały wielotorowy nasyp otoczony był uzbrojonymi "Ukraińcami", dbającymi o to, aby nikt nie drapnął spod muru, i nie dołączył do mieszkańców Pruszkowa spokojnie wędrujących przez przejazd. Czy próbowano ucieczek...? Oczywiście...! Przed oczyma majaczy mi obraz jakiejś babiny, która z ogromnym tobołem na plecach ruszyła przez torowisko biegnąc nieporadnymi krokami w kierunku przejazdu. Padły jakieś strzały, ale nie pamiętam czy się jej udało. Byłem za zmęczony. Przez chwilę staliśmy wzdłuż muru, a ponieważ nie było innego wyjścia, krok za krokiem udaliśmy się ku bramie, a potem z całym niekończącym się pochodem ludzkim do wnętrza warsztatów naprawczych taboru kolejowego w Pruszkowie. Składało się to z kilku wielkich hal fabrycznych, niekończących się torowisk i mnóstwa różnego rodzaju taboru porozrzucanego po całym terenie.

Zdezorientowani, niedoinformowani, niemający pojęcia ani o celowości ani o rozłożeniu "obozu", jakoś tak bezmyślnie, razem z całym potokiem ludzkim dotarliśmy do tej wielkiej hali, tuż obok muru. Znajdowały się tam rozliczne pozycje naprawcze, wiele stanowisk maszyn, jakieś skrzynie, deski, tektury i kłębiące się ludzkie tłumy. Wkrótce cala hala wypełniła się dość szczelnie. Dziwnym zbiegiem okoliczności -- a może był to jedynie swoisty magnetyzm sąsiedzki -- nasze grono tułacze, niezależnie od wszystkich perturbacji, nadal składało się z rodziny "dezorcy" Burkackiego, z Mańkiem; panien Reszke (tych od Hoserów) z przyległościami; z rodziny Bocheńskich, z Januszkiem; Dobrzańskich; dwóch niedoszłych młodych łączniczek AK; z nas i z pewnie jeszcze kogoś uleciałego już z pamięci. Jak się stało, że wydarzenia dnia nie rozbiły naszej lokatorskiej solidarności...? Że nie pogubili się ludzie...? Że w tym zespoleniu znajomych postaci odczuwano widać większe bezpieczeństwo, jak również i ważną podporę moralną…?

Cały ten ludzki stragan rozłożył się wkrótce pokotem, na czym się dało, pomiędzy przeróżnego rodzaju stanowiskami maszyn. Mnie przypadł w udziale wielki świder elektryczny, na którego postumencie, z dala od zasmarowanej olejami podłogi było dostateczne dużo miejsce do spania. Robiło się ciemno. Zmęczenie było kolosalne i należało chyba spać, ale sen nie nadchodził. Poza ładunkiem emocji, dwa dodatkowe czynniki nie pozwalały zmrużyć oka. Całą halę wypełniał dym z ognisk palonych przez gotujących sobie strawę koczowników i pod niebiosa płynący, niekończący się płacz niemowląt i dzieci. Smród i hałas, oba świdrujące nozdrza i sumienia.

Nie mogłem zasnąć. Snułem się nieco po tym śmietnisku ludzkich cierpień albo leżałem wpatrując się w olbrzymie wiertło świdra, celujące wprost w moje trzewia. Podsumowywałem miniony dzień. Może wciskałem w pamięć wszystkie jego detale, obrazy, nastroje, dźwięki, lęki i zdziwienia. Kiedyś, wiele lat później, mój drogi przyjaciel i kolega, architekt, Andrzej "Robol" Robowski, niezbyt serdecznie, ale jakżeż prawdziwie zauważył przy jakiejś okazji:

'Janie, -- powiedział -- ty masz pamięć idioty do nieważnych szczegółów...'

Czy wolno mi było zapomnieć...? Leżąc na stole mojego świdra, wsłuchując się w niekończący się płacz niewiniątek, odkładałem do pamięci to wszystko co dziś tutaj opowiadam. Są ludzie, którzy przeżywszy byli wielkie a makabryczne doświadczenia, cierpienia, upadłości, czy obrazy, całkiem celowo nie chcą pamiętać. Wielu polskich Żydów, których spotkałem w Amerykach, właśnie taki przyjęło stosunek do swojej przeszłości. I słusznie... Mieli ku temu pełne prawo... Ale wygląda na to, że stworzył mnie Pan Bóg ekstrowertem, i to z nie małą rezerwą pamiętliwości.


Właśnie wstawał dzień znowu zapowiadający się słonecznie, i należało wyjść z tej dymem wypełnionej hali, aby zobaczyć wreszcie, na czym polegał nasz los (przynajmniej w jego fizycznym aspekcie).

Poszedłem więc na zwiady, a Maniek i Januszek ze mną. Zaledwie o kilkadziesiąt kroków od naszego koczowiska znajdowały się drzwi do dawnych szatni i ubikacji robotniczych. Tam też udawał się nieprzerwanym pochodem wielotysięczny tłum rezydentów. Ubikacje robotnicze, już wówczas widać poddane fekalnemu naciskowi znacznie przekraczającemu ich kanalizacyjne możliwości, wypełniły się wkrótce po brzegi i płynęło to "złoto" strugą poprzez próg po betonie hali, wprost do między-torowego kanału rewizyjnego. A w poprzek wypełnionego po kostki fekaliami dość obszernego przedsionka jacyś dobrzy ludzie poukładali przeróżne klocki, cegły lub pustaki, a na nich deski. Z tych to desek, kucając i bez względu na jakiekolwiek zróżnicowania płciowe, wypróżniał się lud Warszawy wprost do mazi wypełniającej pomieszczenie. Ruch był dość znaczny. Wiedziony naturalną potrzebą, już, już, miąłem wziąć udział w tej publicznej naturalności, kiedy uwagę moją przykuły oddalone o kilka zaledwie kroków, wiodące na piętro schody. Wyglądało na to, że w tym momencie historycznym, nikt widać nie wpadł jeszcze na pomysł włączenia ich do geografii całokształtu toalety, i sama myśl o komforcie jakiego można by tam zaznać sprawiła, że: 'Tam pójdziemy...!' -- zawołałem, i znalazłszy kilka cegieł i kawałek deski, w kilku skokach dotarliśmy do schodów.

(W tym momencie, moja Muza Literacka podszeptuje mi, że byłoby znacznie ciekawiej nadbudować tę narrację następującą propozycja: że zaraz po przedostaniu się na schody, wciągnęliśmy naszą deskę za sobą, odcinając się w ten sposób od reszty społeczeństwa, i od możliwości zagrożenia naszego odkrycia ich najazdem. Hmmm...! MOJA Muzo…! Może masz racje…? Może nie jest wykluczone, że właśnie tak było…? Że nie jest ten szczegół jedynie wybrykiem mojej licentia literaturica, niech świadczy fakt, że znając Mańka jestem pewien, że tak by on właśnie postąpił…).

Po odbyciu naszych potrzeb na podeście schodów ruszyliśmy na zwiady. I oto odkrycie nasze niespodziewanie okazało się całkiem fascynujące. Na drugim piętrze znajdowały się łaźnie robotnicze, z kolumnami centrycznych natrysków, a w nich -- o cudzie nad cudami -- ciepła woda...! Zabezpieczając wejście pobiegliśmy do naszego koczowiska.

'Ata, Helcia...! Tam jest ciepła woda...!' -- zawołałem.

'Gdzie synku...?'

'Tam na górze...'

'Ciepła woda...? Gdzie jest ciepła woda…? Skąd tutaj ciepła woda…? Prowadź Jasiu (WODZU…!) do tej cieplej wody...!' -- wykrzykiwali inni koczownicy.

Za chwilę, całe nasze zgromadzenie, a pewno i inni nieproszeni uczestnicy, bez jakichkolwiek obiekcji i psychicznych zahamowań skikali na golasa pod strumieniami ciepłej wody. Do czegóż to doprowadzili ci okupanci...?


Tymczasem od rana do nocy po naszej hali, i po całym terenie wędrowali bez przerwy przeróżni ludzie, albo siostry sanitarne z RGO (Rada Główna Opiekuńcza), nawołując:

'Pani Salomea Rozciankowska, z Wilczej... Salomea Rozciankowska z Wilczej...'

'Państwo Zahardasiewiczowie, Państwo Zahardasiewiczowie...' -- itd.

Szukały się rodziny, sąsiedzi, znajomi, ale jakoś nikt nie wołał NAS, ani nikt nie wołał nikogo z naszej grupy. Dlatego niesłychanym wydarzeniem było, gdy Mama nagle zobaczyła w tłumie Ciocię Basię...

'Basieńko kochana. Jakież to niesamowite spotkanie. Gdzie dziewczynki...? Czy jesteście wszyscy razem...? Gdzie się zatrzymaliście...?

'A tu...' -- wskazała Ciocia Basia na stojący obok wagon pociągu osobowego -- 'W tym przedziale...'

Z okna wagonu wychyliły się głowy Elżuni i Kiki i nastąpiło radosne przywitanie.

Odwiedzałem je potem od czasu do czasu. Opowiadały o makabrycznych przejściach w czasie ich wychodzenia z Kolonii Staszica, gdzie "Ukraińcy" po wypędzeniu ludności, obrzucili granatami ręcznymi okienka piwniczne domów, a następnie wszystko podpalali. Kiedy opuszczali Langiewicza, dom ich stał już w płomieniach.


Tymczasem z jedzeniem zaczynało być kiepsko. Co prawda Helcia, wiedziona kulinarnym instynktem, zapakowała nam na tułaczkę różne wiktuały i głodu na razie nie zaznawaliśmy, ale dziewczyny z AK, i koczująca obok nas kobieta z dwojgiem małych dzieci, nie miały żadnego jedzenia. Dzieliliśmy się więc z tymi biedakami naszymi skromnymi prowiantami. Czasem nawet rozdawano jakąś zupę, ale ogony były kolosalne, zupy mało i nie było w tym żadnego rytmu ani składu.

Konferując od czasu do czasu z siostrami z RGO, przyniosła Mama wiadomość, że podobno kobiety z dziećmi będą wypuszczane na "wolność". Mogłaby Mama może z tej możliwości skorzystać ze mną, ale Helcia...? Helcia nie miała dziecka. Wdała się więc Mama w pertraktacje z tą kobieciną od dwojga dzieci.

'Czy nie zgodziłaby się pani "pożyczyć" nam jedno ze swoich dzieci, żebyśmy, jeśli wypuszczą, mogły zabrać ze sobą Helcię z... dzieckiem…?

'Ależ oczywiście, proszę Pani, ja jestem tak Państwu wdzięczna za to jedzenie..., że jeśli będę mogła to pomogę.'

No i przystała kobiecina do naszej rodziny na stałe. Była żoną pracownika warszawskiej Elektrowni. Mąż był w AK i walczył, podczas gdy ona, zgubiwszy się gdzieś z dziećmi, włączyła do pochodu. W którymś momencie kobieta wzięła Mamę na stronę i…

'Proszę Pani, ja tu mam coś takiego, co znalazłam wychodząc z Warszawy i nie bardzo wiem co to jest...?' – po czym rozwinęła maleńkie zawinięte w chusteczkę zawiniątko, w którym ukazało się Mamie kilka złotych dwudziesto-dolarówek.

'Ależ...! Niech Pani to natychmiast schowa...! -- wyszeptała mama. -- Proszę tego nikomu nie pokazywać…! To jest bardzo wartościowe i przyda się pani jako zabezpieczenie w razie potrzeby...

Kobieta starym obyczajem schowała zawiniątko pod biustonosz.


W obozie w Pruszkowie przesiedzieliśmy ze dwa czy trzy dni. Żadne próby wydostania się, z dziećmi czy bez, nie dały rezultatu; koczowaliśmy; dym nadal gryzł w oczy; dzieci nadal darły się nocami. Aż nagle...

Wrzask, poganianie...! Dziesiątki Ukraińców z kijami, pod komendą SS ruszyły do ataku wypędzając wszystkich koczowników na zewnątrz hali. Ustawione wzdłuż torów czekały tam podstawione już eszelony, tzw. wagonów bydlęcych, jeden przy jednym peronie, drugi przy drugim. Stojący u wejścia na peron esesmani lustrowali wzrokiem napływający tłum i segregowali: mężczyzn na prawo, kobiety z dziećmi na lewo. Tam właśnie oddzielono od reszty rodziny naszego dezorcę Burkackiego i tam właśnie widziała go dezorcynio Burkacka po raz ostatni. Nas posłano na lewo i poszliśmy ładować się do pociągu. Byliśmy jednymi z pierwszych, a ponieważ nasi sąsiedzi lokowali się właśnie w pierwszych wagonach od tylu eszelonu, dołączyliśmy do nich. Biedna pani Millerowa, ze złamaną ręką, prowadzona przez kogoś pod ramię mignęła nam przed oczami, i poszła dalej lokując się w środkowej części transportu. Wreszcie nawet Ciocia Basia z dziewczynkami zjawiła się w perspektywie peronu.

'Basiu, Basiu…! My tu jesteśmy, chodź do nas...!' -- wołała Mama.

'Jadziu, tu jest bardzo duży tłok... Pójdziemy do przodu, tam jest luźniej.' -- odpowiedziała Ciocia po czym udała się na sam początek eszelonu.

Ten rozkład osobowy, wedle poszczególnych części pociągu nie jest bez znaczenia w tej narracji. Będzie należał do dalszego ciągu leksykonu paradoksów tamtych czasów… Na razie pociąg się dopakowywał, czekała nas podróż na stojąco. Ostatecznie, "Ukraińcy" i Bahnschutze zatrzasnęli drzwi wagonów, lokomotywa gwizdnęła i ruszyliśmy w nieznane.

Mnie się udało. Trafiłem do kąta wagonu, gdzie stanąwszy na walizce Mamy, ulokowałem się przy jednym z dwóch małych okienek naszego bydlęcego. Pociąg posuwał się niezwykle ospale i często stawał. Przejechaliśmy Brwinów, potem Żyrardów. Jacyś ludzie snujący się po peronach i obserwujący nasz transport odbierali od pasażerów karteczki z nazwiskami i z wiadomościami dla bliskich i znajomych. Takie kartki poprzyczepiane na ścianach, parkanach i oknach stacji kolejowych, były charakterystyczne dla tej specyficznej warstwy kulturowej A.D. późnego lata i jesieni 1944, jaka wytwarza się kiedykolwiek okoliczności stojące sprzecznie z naturalną potrzebą ludzką do stabilności, do więzów rodzinnych, itd., decydują właśnie odwrotnie.


Minęło sporo czasu zanim wreszcie zatrzymał się nasz eszelon, tym razem na dłużej. Staliśmy na torowisku, jakiś kilometr przed stacją kolejową w Łowiczu, tam gdzie dołącza się doń linia skierniewicka. Pociąg stanął i stał... i stał...

Musieli zapakowani w nim ludzie krzyczeć, albo może stukali w ściany wagonów, bowiem eskortujący nas Bahnschutze, po pewnym czasie poodmykali drzwi, pozwalając pasażerom wyjść na pobocze -- ale tylko przy wagonach -- aby załatwić naturalne potrzeby, przeciągnąć kości i odetchnąć świeżym powietrzem. Od krawędzi nasypu dzieliło nasz pociąg zaledwie kilka torów, za którymi opadał on w kierunku szosy, a dalej ku polom i lasowi na horyzoncie. Były tam widoczne jakieś krzaki, a dalej wzdłuż torów stacja kolejowa i miasto. Bahnschutze stojący wzdłuż nasypu pilnowali, aby nikt nie odłączył od tłumu, i nie próbował żadnych głupstw. W pewnym jednak momencie, o kilka wagonów dalej, młody chłopak, korzystając widać z nieuwagi wachmanów, rzucił się pędem przez torowiska ku skarpie i ku wolności... Padły strzały... Chłopak, trafiony upadł... Widziałem jego ciało leżące martwo w poprzek torów. Ludzie zaczęli wdrapywać się z powrotem do wagonów, wychylając się tylko z otwartych jeszcze drzwi.

Zatrzaśnięto drzwi wagonów i pociąg wreszcie ruszył. Ale nie pojechał daleko, zaledwie do krawędzi stacji i... znów stanął. Przez moje okienko widziałem miasto i ludzi wędrujących ulicą. Widziałem, zaledwie o kilkadziesiąt metrów od naszego wagonu budynki stacyjne. Widziałem kręcących się Bahnschutzów i konferujących z nimi kolejarzy, po czym wszyscy dokądś pobiegli i zniknęli. Za chwile lokomotywa gwizdnęła, słychać było dźwięk oddalającego się pociągu, ale nasz wagon nie ruszył. Zaległa cisza. Po chwili dobrzy ludzie odemknęli drzwi i pasażerowie natychmiast wysypali się na peron. Wkrótce na torze pozostało kilka pustych wagonów ostatniej części składu pociągu, bez obstawy, bez lokomotywy i bez celu.

Wypuszczeni z wagonów ludzie najpierw kręcili się po peronach nie bardzo wiedząc, co robić dalej, kiedy ktoś donośnym głosem zawiadomił, ze RGO ma w Łowiczu obóz przejściowy dla uciekinierów z Warszawy, i że tam mamy się udać.

'Do żadnego obozu nie idziemy' -- zawyrokowała Mama, i po krótkiej naradzie z gronem lokatorskim, łapiąc walizki i pakunki, skierowaliśmy się na wszelki wypadek w odwrotnym kierunku, ku szosie, a następnie przez pola ku lasowi. Na skraju lasu widać było leśniczówkę i do niej dotarła cała nasza gromada: Reszkowie, dezorcynio Burkacka, zdaje się, że Bocheńscy i MY. Już w leśniczówce nastąpiło kompletne odprężenie. Warszawa i Powstanie z jednej strony, a Łowicz i ten OBÓZ z drugiej, pozostały gdzieś poza nami. Byliśmy wolni, prawie sielankowo. Chata leśnika była co prawda maleńka, i nasze zgromadzenie wypełniło ją doszczętnie, ale w powietrzu czuło się serdeczność i gościnność. Czy wynikało to ze staropolskiej tradycji, czy z głębokiej katolickiej dobroczynności, że: "Zgłodniałego nakarmić, spragnionego napoić...!", dość na tym, że leśniczowie nie tylko nie wyglądali na zaskoczonych czy zirytowanych naszym najazdem, ale wręcz przeciwnie. Gospodyni przyniosła kosz ziemniaków, podłożyła ogień pod piecem, ustawiła na nim wielki osmolony garnek, a kiedy się ugotowały, podała nam, zgłodniałym, zsiadłe mleko z kartoflami, nawet bez sperki. I była to jedna z najwspanialszych uczt, w jakich brałem udział. Nigdy zsiadłe mleko ani ziemniaki nie smakowały mi tak wspaniale i nigdy nie zachowałem tak wielkiej wdzięczności za tak prosty, wydawało się, posiłek.

Droga i Kochana Bezimienna Żono Leśniczego spod Łowicza. W imieniu wszystkich uczestników tej biesiady, dziękuje Ci Pani, za tę ucztę, za Twoją troskę i gościnność. Nisko Ci się kłaniam za to, że pozostała mi po naszej wizycie u Was pamięć, a w ustach smak Twoich przysmaków.

• • • • •

To tyle Drogi Panie Jureczku, tak dla przypomnienia (i porównania…). Później okazało się, że środkowa część transportu (pani Millerowa…) dotarła do Oświęcimia, a przednia część, gdzie Ciocia Basia i dziewczynki, do Hildesheim, gdzie ona spędziła resztę wojny jako pracownica szpitala…

Itd, itd., itd…


Tarrrah…!

Jan (TEKO)


Wspomnienia-warszawiaka.jpg
Plik ściągnięto 166 raz(y) 69,29 KB

_________________
Jerzy_S
Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2014-12-11, 08:21, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
Kama 

Dołączyła: 12 Mar 2011
Posty: 50
Skąd: Ochota - Siewierska
Wysłany: 2014-12-09, 09:37   

Moja babcia przeszła przez Pruszków. Potem była w obozie w Rzeszy. To były bardzo smutne opowieści, trudno mi było tego słuchać :-( , choć i babcia nie chciała chyba za dużo opowiadać...
 
 
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2014-12-09, 15:19   

Przejmujące wspomnienia !
_________________
BABA JAGA
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione