Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Anioł z Instytutu Polskiego
Autor Wiadomość
Jan Oliver 

Wiek: 48
Dołączył: 23 Lip 2011
Posty: 18
Skąd: Warszawa - New York
Wysłany: 2011-07-23, 19:27   Anioł z Instytutu Polskiego

Anioł z Instytutu Polskiego

Może gdybym nie miał takiego dużego domu, takiego dużego i pustego, nie poczułbym się tamtego dnia aż do tego stopnia samotny. Ale mój dom, zbudowany z myślą o licznej rodzinie z dziećmi i wnukami, ziajał bezlitośnie pustką z każdego pomieszczenia. Schody wbrew planom nie dudniły tupotem nóg urwisów, w powietrzu nie rozbrzmiewał śmiech i dziecięce głosy, mylące polskie słowa z angielskimi. Cisza wepchnęła się wszędzie, w każdy zakątek, korzystając z okazji, że Anna odeszła razem z dziećmi już pięć lat temu. Zostałem sam w tym wielkim nowojorskim domu, który stanowił najlepszy dowód, że Ameryka jest krajem o nieograniczonych możliwościach, gdzie nie liczy się papierek ukończenia jakiejś tam szkoły, lecz rzetelna praca i spryt.

Z Polski wyjechałem zaraz po ukończeniu studiów. Nie chciałem żyć w kraju, gdzie absolwentowi Politechniki proponuje się stanowisko pomocnika biblioterki, bo niczego innego nie ma. W USA zaczynałem wprawdzie jeszcze gorzej, bo od kopania rowów i kładzenia przewodów elektrycznych, ale szybko stanąłem na nogi. Na kursach dokształcających poznałem Annę, która tak jak ja zdecydowana była stawić czoła wyzwaniu, jakim jest życie na obczyźnie. Założyliśmy drukarnię, która tak dobrze prosperowała, że prędko pospłacaliśmy kredyty i postawiliśmy imponującej wielkości dom w najlepszej dzielnicy Nowego Jorku.
Wszystko funkcjonowało wzorowo, przynajmniej na zewnątrz. Bo tak naprawdę czułem się coraz bardziej samotny. Anna, zodiakalna ryba, była kobietą konkretną, trzeźwo myślącą i energiczną. Na wiersze, które pisałem dla niej na początku małżeństwa, reagowała z wymuszonym uśmiechem i anemicznym komentarzem: „O, jaki ładny.“ Nie interesowały jej romantyczne spacery o zachodzie słońca, kolacje przy blasku świec, nie zauważała czerwonych róż, które wstawiałem do sypialni. Z czasem zauważyłem, że nie podoba mi się sposób, w jaki podchodzi do naszych dzieci. Przytulała jej tylko tak długo, aż wyszły z pieluszek. Później traktowała je jak kumpli. „No, coś ty, nie rycz. Nic sie nie stało, kolano się zagoi.“ „Nie ma powodu do obrażania się. Obrażają się tylko panny służące.“ „Chłopak cię zostawił? Nie rozklejaj się, nic ci nie będzie. Od tego się nie umiera.“ Gdy w myślach porównywałem jej postępowanie z postępowaniem mojej matki, wydawało mi się, że zaczynam marznąć.
W moim rodzinnym domu wszystkie problemy zostawały „wygłaskiwane“. Zmartwione dzieci traktowane były poważnie, przytulane, obdarowywane dodatkową dawką miłości. Matka miała miękkie rysy twarzy, łagodne usta i ciepło patrzące oczy. Była uosobieniem dobroci. Anna przypominała raczej Claudię Cardinale, patrzyła hardo, szła przez życie odważnie.

Pewnego dnia spostrzegliśmy, że nie mamy o czym rozmawiać. Dzieci, które weszły już w nastoletni wiek, nie dawały się namówić na żadne wspólne wypady z rodzicami, nie opowiadały prawie nic ze swojego życia, siłą rzeczy przestały spełniać rolę łączącego ogniwa. Chciałem namówić Annę na okazanie mnie, albo choć dzieciom, trochę więcej ciepła, ale ona nie wiedziała, o co mi chodzi. W zamian zaproponowała terapię małżeńską. Oczywiście nie zgodziłem się na to, aby obcy człowiek grzebał w moich najintymniejszych uczuciach, tak więc niebawem doszliśmy do wniosku, że skoro nie jesteśmy ze sobą szczęśliwi, nie ma sensu blokować sobie wzajemnie życia.

- Zaoszczędźmy sobie upokarzających zdrad - powiedziała, składając pozew o rozwód.
Byłem pewien, że dzieci będą chciały zostać ze mną. Wszak to do mnie właziły jeszcze niedawno na kolana, to na mojej piersi córka wypłakiwała swoje żale... Ale ku mojemu zaskoczeniu wolały wyprowadzić się z matką.

Gdy Anna odeszła, było mi przykro, ale jednocześnie odetchnąłem. Miałem nadzieję, że jej nieobecność automatycznie napełni dom ciepłem, ale niestety... Wszystko w domu nosiło jej imię, każdy drobiazg przypominał mi jej chłodny umysł. Nie miałem pojęcia, jak temu zaradzić, a nie chciałem przyznać sam przed sobą, że zaczynało mi jej brakować. W rezultacie niechętnie wracałem do domu, pracowałem jeszcze więcej i adekwatnie do tego zarabiałem.
Nasz kontakt ograniczył się do spotkań, gdy odwiedzałem dzieci. Ale ponieważ nastolatki niespecjalnie kwapią się, aby póść z ojcem do ZOO czy na wesołe miasteczko, odwiedzin było coraz mniej. Za każdym razem podejrzliwym wzrokiem badałem, czy w domu Anny pojawiły się ślady bytowania obcego mężczyzny, ale nie mogłem się niczego dopatrzyć.
Nic dziwnego“ - myślałem sobie wtedy z goryczą i złośliwą satysfakcją - żeby się w niej zakochać, trzeba być idiotą takim jak ja, albo ichtiologiem.

Do mojego osobistego kryzysu doszło w dniu moich urodzin. Do tej pory Anna co roku przyjeżdżała do mnie razem z dziećmi, składała mi życzenia, całowała w oba policzki tymi swoimi chłodnymi wargami, częstowała się uprzejmie kawałkiem tortu, po czym żegnała się, życząc miłego dnia. Myślałem wtedy z kpiną, że na pewno odhaczyła mnie w swoim terminarzu jak odhacza się wszystkie załatwione sprawy i zastanawiałem się, czy mam jej powiedzieć, że nie musi tego robić.
Jednak gdy pewnego razu zadzwoniła i powiedziała, że tym razem nie zdaży wrócić z dziećmi z urlopu w Polsce, poczułem rozczarowanie.

- Nic nie szkodzi - rzuciłem lekko do słuchawki.

Ale w dniu urodzin już od rana samotność lodowatymi paluchami chwyciła mnie za gardło. Fakt, że nie miałem dla kogo przygotowywać tortu, pozbawiał sensu cały dzień. Postanowiłem ciężkie myśli zagłuszyć telewizją. Przełączałem kanały, nie zatrzymując się na jednym dłużej niż trzy, cztery sekundy.
Zadzwonił telefon. Z dennym humorem warknąłem do słuchawki „halo“.

- Happy birthday (ang. wszystkiego najlepszego z okazji urodzin), kochany jubilacie! - usłyszałem głos Basi, Anny siostry, która nie wiadomo z jakiego powodu czuła się odpowiedzialna za moje samopoczucie, od kiedy Anna odeszła. - Heniu, jak się masz? Z twojego tonu wnioskuje, że niespecjalnie...

Od słowa do słowa Basia wyciągnęła ode mnie to, do czego nie miałem odwagi przyznać się przed samym sobą: że cierpiałem na samotność.

Zjawiła się za godzinę.

- Ubieraj się! - zarządziła. - Mój ślubny leń wykręca się zwichniętą kostką, żeby tylko nie iść ze mną na zakupy. A przecież właśnie otwierają przecenę sezonową. Dobrze, że jeszcze ty istniejesz.

- Oh, Basiu, moja kostka też w nienajlepszym stanie - jęknąłem, bo jeżeli czegoś nienawidziłem, to właśnie chodzić z babą po sklepach.

Niestety. Za kilka minut siedziałem w jakimś sklepie i ciężko wzdychając, czekałem, aż Baśka przymierzy te kilkanaście przecenionych sukienek.

Gdy w końcu na coś się zdecydowała, zaciągnęła mnie „w nagrodę“ do Instytutu Polskiego, gdzie miała wykład jakaś pani X na temat Y... Nie obchodziło mnie kto i co, dlatego w pierwszej chwili nie byłem w stanie sobie tego zapamiętać.

Siedziałem z Basią w jednym z pierwszych rzędów, zagłębiony w techniczne pismo, tak że słowa „Iksińskiej“ absolutnie do mnie nie docierały. Po jakimś czasie, gdy uniosłem głowę, aby wyprostować ścierpnięty kark, moją uwagę przykuła kobieta na podium. Ubrana była w kostium, który pomimo elegancji nie sprawiał wrażenia chłodu, coś z rodzaju mody Chanel. Wytworność połączona z kobiecą miękkością. Przez głowę przebiegła mi myśl, że kobieta na pewno pachnie Chanel Nr 5.
Już miałem powrócić do czasopisma, gdy odwróciła twarz w moją stronę. Miała może 35 - 40 lat, duże, łagodnie patrzące oczy i pięknie wykrojone usta, pełne i miękkie. Prowadziła rozmowę z polonijną publicznością.
Przez chwilę „przysłuchiwałem się“ bez włączania uszu, po prostu obserwowałem mimikę jej twarzy. Pomyślałem nagle, tak zupełnie bez sensu, że bardzo chciałbym, aby przemawiała do mnie i patrzyła tylko na mnie w ten sposób: dobrotliwie, serdecznie i ciepło. Przeczytałem tabliczkę na jej stole: „dr Katarzyna Schwarz, uniwersytet wiedeński“ i uaktywniłem uszy. Miała niski, aksamitny głos.
- W najróżniejszych kulturach na całym świecie gesty agresji, sympatii, zainteresowania, antypatii czy radości są jednakowe. Tylko że większość ludzi nie potrafi ich prawidłowo interpretować. Mowa ciała wymaga uważnej obserwacji u naszego rozmówcy. Zmierzając w kierunku intymnej sfery bliźniego, trzeba koniecznie uważać na sygnały płynące z jego postawy.

- Tak, tak... - zawołała Basia. - Kobiety w tej dziedzinie dają sobie radę lepiej od mężczyzn.

- Nie zawsze - zaprzeczyła z uśmiechem. - Pomyślmy tylko o tych licznych ciotkach, zasypujących dzieci niechcianymi, wilgotnymi buziakami. Takie kobiety przekraczają znak stopu, postawiony przez dziecko, i doprowadzają do kolizji w subtelnym świecie uczuć w takim samym stopniu jak mężczyźni, nachalni wobec swoich wybranek.

Polska pani doktor z niemieckim nazwiskiem najwyraźniej była psychologiem.

Jednak Polki są najpiękniejsze“ - pomyślałem z satysfakcją.

Patrzyłem jeszcze chwilę, jak z wdziękiem porusza się między publicznością.
Ni z tego, ni z owego poczułem narastające podekscytowanie. Jaka interesująca kobieta! Jak cudownie byłoby ją poznać.

Po skończonej dyskusji dyrektor instytutu poprosił wszystkich do szwedzkiego stołu. Zdecydowanie ruszyłem w stronę pani doktor, ale w porę przystanąłem.
Przystojny, elegancki mężczyzna pochylił się nad jej dłonią, a ona założyła mu ręce na szyję i mocno przytuliła się do niego.

- To jej austriacki mąż - szepnęła mi Basia do ucha. - Też jakiś naukowiec na uniwersytecie wiedeńskiem.

Skurcz bezsensownej zazdrości złapał mnie za serce. Dlaczego taki durny Austriak może mieć tę wspaniałą kobietę, a ja nie? Czym on sobie na nią zasłużył? Czy on w ogóle potrafi docenić skarb, jaki posiada?

Zniechęcony sięgnąłem po kieliszek wina. Zafajdane życie. Takie kobiety, jak ta psycholożka z łagodnym wyrazem twarzy i głębokim spojrzeniem, na zawsze pozostaną dla mnie tylko w sferze marzeń. Zresztą może ona w ogóle nie istnieje? Może jest iluzją, powstałą w mojej zestresowanej, skopanej psychice?

Upiłem głębokiego łyka, zdecydowany zalać robaka, który użalał się sam nad sobą, gdy nagle dostrzegłem, że Katarzyna Schwarz pocałowała swojego męża w usta, zawołała: „Gute Reise!“ (niem. szczęśliwej podróży!), po czym ten opuścił salę.
Aha... A więc szanowny pan Schwarz wybierał się w podróż, zostawiając małżonkę na pożarcie nowojorskich rekinów. Uśmiechnąłem się. Dobra nasza!

Już w następnej chwili nadstawiłem jej ramię.

- Czy pozwoli pani dotrzymać jej towarzystwa w drodze do bufetu?

Spojrzała na mnie. Aromat perfum „Chanel Nr 5“ miło podrażnił moje nozdrza.

- Pardon? Nie dosłyszałam pana nazwiska - powiedziała z uprzejmym uśmiechem, ale stanowczo sygnalizując dystans.

- Ja pani też nie - odpaliłem. - Henryk Hunter jestem, woźny tego instytutu, który wszystkim damom objaśnia drogę do wodopoju.

- Mrs. Nobody (ang. pani Nikt) - roześmiała się, ujmując moje ramię - uboga krewna z Europy, która wśliznęła się do instytutu, aby napić się czegoś za darmo.

Widocznie leżeliśmy na tej samej fali, bo rozmowa potoczyła się jak z płatka. Z każdym, kto do nas podszedł, Katarzyna zamieniała kilka miłych słów, jednak ze mną rozmawiała przez cały czas. Już po kilku minutach przeszliśmy na ty. Postanowiłem nawiązać bliższą znajomość, ale gdy tylko zacząłem okazywać jej zainteresowanie jako kobiecie, Kasia wycofywała się z rozmowy pod byle jakim pretekstem. To mnie jeszcze bardzo podniecało i motywowało do zabiegania o nią. Czułem, że ta sympatyczna, wesoła, łagodna kobieta jest tym, czego brakowało mi przez całe życie. No, może nie całe życie, bo w dzieciństwie zaznałem dużo ciepła i miłości od mojej matki. Ale czas spędzony z Anną wydał mi się w obecności Kasi jak przymusowe roboty na mroźnej Syberii.

Po godzinie i kilku następnych kieliszkach wina moja sympatia przerodziła się w gorącą miłość. Po dwóch godzinach moja miłość nabrała rozmiary opętania. Nie mogłem się pogodzić z jej „nie“. Wydawało mi się, że od zdobycia tej kobiety zależy moje życie. Chciałem ją mieć, kochać, uwielbiać, chciałem jej złożyć u stóp cały Nowy Jork. Oczami wyobraźni widziałem jej postać w moim domu, jej synów grających w nogę w moim wielkim ogrodzie, jej córki, brzdąkające na fortepianie w stołowym... Opowiadałem jej o tym, tłumaczyłem, ile zarabiam, i że wszystko to dla niej i jej dzieci. Niech tylko pozwoli mi się uszczęśliwić.

- Kasiu, wiem, czuję, że mogę być tylko z tobą szczęśliwy - mówiłem. - Całe życie szukałem takiej kobiety: mądrej, dobrej, pięknej, z łagodnymi rysami twarzy...

- A jakie rysy twarzy miała twoja matka, Henryku?

- Dokładnie takie jak ty... I tak jak ty uśmiechała się ciepło, jej oczy patrzyły dobrotliwie...

- Pierwsza miłość bardzo kształtuje, Henryku... A matka jest dla mężczyzny pierwszą miłością. W podświadomości powstaje szablon na wzór mamy, do którego mężczyzna później podświadomie przyrównuje napotkane w życiu kobiety... I biada im, jeśli nie pasują!

- Bardzo dobrze - zawołałem - bo ty właśnie pasujesz, Kasiu.

- Ale w ten sposób nie dajesz sobie szansy na akceptację innego rodzaju wartościowych kobiet. Poruszasz się tylko w ograniczonym, maleńkim oddziale ogromnego świata kobiet, w oddziale, gdzie znajdują się kobiety przypominające twoją matkę. Trochę ubogie pole do działania dla takiego atrakcyjnego mężczyzny, nie uważasz? Każdy powinien świadomie postarać się o przepustkę do innych oddziałów.

- Ale jak? - zmarszczyłem brwi.

- Świadomie uwalniając się od mamusinego wzorca. W ten sposób dasz również innym kobietom szansę udowodnienia ci, że są godne miłości... A propos, jakim człowiekiem była twoja eks-małżonka?

Późno w nocy przenieśliśmy się do restauracji „Black Bear“, gdzie przegadaliśmy następne kilka godzin. Na początku czułem się nie jak na randce, lecz na świętej spowiedzi. Pani psycholog wyciągnęła ode mnie wszystko. Jak długo siusiałem do łóżka, jaki kolor oczu miała moja matka, dlaczego kiedyś tam opuściłem się w nauce, dlaczego nienawidziłem mojego ojczyma, o co kłóciłem się z Anną, kiedy odeszła... Opowiedziałem nawet, że w dniu urodzin zabrakło mi jej rybich pocałunków.
Zadna z tych rzeczy nie zrobiła wrażenia na Kasi. Łagodny wyraz zrozumienia i serdeczności nie opuszczał jej twarzy ani na chwilę. Za to do każdej nowej informacji stawiała pytania: dlaczego, jak sądzisz, a co by było, gdyby stało się inaczej, jakie wywołuje to w tobie uczucia dzisiaj...

Zamawiałem co rusz nową butelkę wina, żeby tylko przedłużyć ten wieczór. W pewnym momencie doznałem olśnienia: Kasia była aniołem.

I niczego tak nie pragnąłem, jak pokazać tej niebiańskiej kobiecie, jak bardzo ją kocham.

Nie wiem jak znaleźliśmy się w mojej sypialni. Przyciągnąłem ją do siebie z całą siłą mojej miłości. Nie broniła się. Już za chwilę wniebowzięty pochylałem się nad jej nagim ciałem. Takiej szalonej nocy nie przeżyłem w całym moim czterdziestopięcioletnim życiu.

Natrętny dźwięk dzwonka wyrwał mnie brutalnie z sennych majaków, w których ciągle jeszcze kochałem się z Kasią.

- Shit (angielskie przekleństwo używane raczej w znaczeniu „cholera!“) - zakląłem i na ślepo podniosłem słuchawkę. Chciałem ją przyłożyć do ucha, ale zaplątany w kołdrę nie mogłem znaleźć prawidłowej drogi.

- Shit - powtórzyłem, gdy w końcu wyplątałem się z pościeli.

Ale telefon milczał. Zorientowałem się, że dzwonek dochodził od drzwi.

Kto to może być?“ - zdziwiłem się.

Potarłem czoło i dopiero teraz wróciły wydarzenia minionej nocy.
Kasia!
Spojrzałem na drugą stronę łóżka. Była puste. Może jest w łazience? Albo poszła po świeże pieczywo na śniadanie, kobiety lubią takie akcje... Ogarnąłem wzrokiem podłogę i fotele. Nie odkryłem ani kostiumu, ani bielizny Kasi.
Tak, ubrała się i poleciała do piekarni. A teraz nie może dostać się z powrotem do domu.
W pośpiechu zarzuciłem szlafrok. Uśmiechnąłem się do siebie na wspomnienie przeżytych chwil. Niesamowite! Ze też mnie się przydarzyło coś tak wspaniałego. Kochałem się z prawdziwym aniołem. Kto by to pomyślał? Sam byłem zdziwiony, że tak łatwo poszło mi zdobycie prominentnej pani doktor. Poczułem nawet lekki powiew rozczarowania. Może niebiańska Kasia chodziła ze wszystkimi tak chętnie do łóżka? Automatycznie porównałem ją z Anną i zupełnie bezsensownie ogarnęło mnie poczucie dumy. Moja Anna nigdy by tego nie zrobiła.

Dzwonek brzęczał i brzęczał! Otworzyłem.

- Hej, man (ang. mężczyzna, użyte w znaczeniu „człowieku!“), już południe - ryknął gość, stojący w progu. - Wiedziałem, że musi się pan wyspać, więc dlatego przyjechałem dopiero teraz. Należy mi się 35 dolarów!

Wytrzeszczyłem na niego oczy. Na skraju ulicy stała otwarta taksówka.

- Co się pan tak gapisz? Wiozłem w nocy wczoraj od „Black Bear“, a pan byłeś zalany w pestkę. Ledwo klucza się u pana w kieszeni doszukałem. Ale w portfelu już nie chciałem grzebać...

- A... a lady (ang. pani)? Też nie miała pieniędzy? - wykrztusiłem zaskoczony.

- Jaka lady? Nie było żadnej lady... Tylko ta, co pomogła mi pana wepchnąć do wozu przed restauracją... No co? Dostanę moją forsę, czy nie?!

Oszołomiony wepchnąłem taksówkarzowi należne pieniądze z grubym napiwkiem.
Patrzyłem za nim, jak odjeżdżał, niezdolny pozbierać myśli.
Więc... więc Kasi w ogóle nie było u mnie w domu? Nie kochałem się z nią? Widocznie pod wpływem alkoholu urwał mi się film już w restauracji, a Kasia wsadziła mnie do taksówki. Mój rozmarzony mózg spłatał mi figla i zarejestrował dzikie marzenia jako rzeczywistość.
Odetchnąłem z ulgą. Pani doktor była jednak prawdziwym aniołem.
Pomachałem taksówkarzowi i już miałem zamknąć drzwi, gdy na skraju ulicy zatrzymała się następna taksówka.
Wysiadła Anna z dziećmi.

- Prosto z lotniska! - zawołała córka z daleka.

- I nie wiem, po co - burknął syn. - Tak jak byśmy nie mogli przyjechać jutro. Ale mama się uparła.

- Happy birthday, Heniu - powiedziała Anna serdecznie, podając mi rękę.

Chciała cmoknąć mnie w policzek, ale nie nachyliłem się do niej, tylko stałem jak słup soli, wpatrując się w nią, jakbym ujrzał ją pierwszy raz.
Dopiero teraz pojąłem, co Kasia miała na myśli.
Anna, tak bardzo inna niż moja serdeczna matka, nie dostała nigdy szansy udowodnienia, że jest wspaniałą kobietą.

- Stało się coś? - zapytała najwyraźniej speszona moją sztywną postawą. Aby ukryć zakłopotanie, sięgnęła do torebki po papierośnicę.

- Dlaczego właściwie palisz? - odpowiedziałem pytaniem. - Nigdy tego nie lubiłem.

Spojrzała na mnie zaskoczona. Jej dłoń z papierośnicą zastygła w półgeście.

- Ja też nie. Ale gdybym rzuciła, to bym utyła. A tego się boję.

- Ale ty byś ładnie wyglądała z dodatkowymi kilogramami.

Uśmiechnęła się i pokręciła głową.

- Heniek, co się z tobą stało? Jesteś taki inny. Objawiła ci się Matka Boska? Czy przynajmniej anioł? - zażartowała.

Po wspólnie spędzonych urodzinach, zaprosiłem Annę na kolację we dwoje.
Zaczęliśmy odwiedzać się coraz częściej.

Gdy pierwszy raz od wielu lat została u mnie na noc, postanowiłem zadzwonić do Wiednia i opowiedzieć o wszystkim Kasi. Chciałem podziękować jej za to, że pomogła mi zdobyć przepustkę do innych oddziałów.
Ale Kasia już nie pracowała na uniwersytecie i nikt nie wiedział, gdzie się obraca.

Gdzieś czytałem, że anioły stają na drodze tylko tych ludzi, którzy zbłądzili i należy się im pomóc.

W międzyczasie odnalazłem swoją drogę.

Gdyby Kasia stanęła na drodze któregoś z was, to proszę, pozdrówcie ją ode mnie.

Jan Oliver
_________________
Jan Oliver
Ostatnio zmieniony przez Jan Oliver 2011-07-23, 19:35, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
de voukolitsch 

Dołączył: 13 Maj 2011
Posty: 29
Skąd: ochota
  Wysłany: 2011-07-26, 10:22   nauka języka

Skoro Oliver już uświadamiasz nam znaczenie słówek angielskich to zapomniałeś o słówku pardon (franc.) - przepraszam.
_________________
de vouko
 
 
Lolobrigida 

Dołączyła: 29 Sty 2011
Posty: 9
Skąd: Ochota-Warszawa
Wysłany: 2011-07-26, 11:20   Miła uwaga...

Błagam Cię de voukolitsh, nie bądź taki kąśliwy.

Ja się dobrze uśmiałam, gdy czytałam ten tekst Jana Olivera. Poza tym, weź pod uwagę, że nie tylko poligloci żyją na tej planecie, a Warszawa nie jest wcale wyjątkiem. Jeszcze jedno - to nieładnie punktować za dobre intencje! w dodatku, gdy opowiadanko jest super!
No chyba, że ja nie poniała aliuzju.

IMG_0344.JPG
Plik ściągnięto 220 raz(y) 3,9 MB

 
 
Artur S. 

Wiek: 71
Dołączył: 07 Lip 2011
Posty: 135
Skąd: Greensboro NC, USA
Wysłany: 2011-07-26, 13:19   

Lolobrigida, swietne zdjecie!
A co do Twojego komentarza: prosze, badz bardziej tolerancyjna wobec ludzi pogryzionych przez psy. Nie czytalas skargi kolegi? Wszyscy wspieralismy go w jego bolu i oburzeniu.
Wolno mu wiec byc kasliwym, poki pieta sie nie zagoi.
;o)))

PS. Ja takze sie usmialem po pachy z opowiadania Jana.
_________________
Artur S.
 
 
Rex 

Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 93
Skąd: Warszawa - Paris
Wysłany: 2011-07-26, 19:39   

Ja też się uśmiałem. Nawet z de voukolitscha. Ale z konia uśmiałem się najbardziej.
_________________
Rex
Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2011-07-26, 23:13, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Barbara 

Wiek: 68
Dołączyła: 09 Cze 2011
Posty: 60
Skąd: Tampa, Floryda
Wysłany: 2011-07-26, 19:48   

Ja z kolei usmialam sie z wypowiedzi Artura S.
_________________
Barbara
 
 
Andrew 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 77
Dołączył: 10 Cze 2011
Posty: 117
Skąd: North Carolina, USA
Wysłany: 2011-07-26, 20:06   

Za moich czasow popularna byla Joanna Chmielewska, komediopisarka. Powiedziala cos bardzo madrego:

Powaga jest tarcza glupcow
_________________
Andrew
 
 
Artur S. 

Wiek: 71
Dołączył: 07 Lip 2011
Posty: 135
Skąd: Greensboro NC, USA
Wysłany: 2011-07-27, 16:08   

Andrew, he he he.
_________________
Artur S.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione