Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Opowiadanie z przymrużeniem oka... Na Dzień Ojca
Autor Wiadomość
Krys 

Dołączyła: 05 Maj 2011
Posty: 170
Skąd: Austria, USA
Wysłany: 2011-07-24, 23:21   Opowiadanie z przymrużeniem oka... Na Dzień Ojca

Na Dzień Ojca - Z przymrużeniem oka

- A obyś ty zgnił w tej ciupie! - huknęła mama po ogłoszeniu wyroku.

Na sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał.

Tatko z zażenowania przełknął ślinę, aż mu jabłko Adama podskoczyło.

Wytrzeszczyłam oczy na mamę, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę życzy mu zgnicia. Jesteśmy wszak... przepraszam, byliśmy zgodną, kochającą się rodziną. Tak też by na pewno zostało, gdyby nie mała słabość ojca.
Bigamia.
Natura spłatała tatkowi psikusa, wyposażając go w sposób bycia, który budził w kobietach Diany, boginie łowów i płodności. Owe Diany polowały na mojego tatusia, który jako że przynależny do mocnej płci, był w tych sprawach słaby i wolał posługiwać się organami różnymi od mózgu. Schwytany w sieci nie widział innego wyjścia, jak udobruchać zwycięską boginię sakramentalnym „tak“.

- Ja je wszystkie kocham - wyjaśnił bezradnie Wysokiemu Sądowi - poślubiając je, chciałem wszystkie uszczęśliwić.

Dla mnie brzmiało to logicznie i humanitarnie, ale sędzina, matrona z głęboką zmarszczką na czole, wyjątkowo odporna na męskie wdzięki ojca, nie wykazała zrozumienia i wymierzyła mu surową karę.

- Mamo, tatuś jest przecież taki wrażliwy i delikatny - szepnęłam z wyrzutem. - I ma takie wytworne maniery... On zgnije... eee… zginie między tymi przestępcami...

Ale mama tylko miotnęła wzrokiem kilka błyskawic w moim kierunku i ruszyła do wyjścia.

Ojciec, choć tak bezradny wobec kobiecych wabików, był w życiu zawodowym kuty na cztery kopyta. Prowadziliśmy nadmorski hotel, który od lat uchodził za miejsce spotkań europejskiej prominencji. Tatko, błyskotliwy i czarujący w obyciu, zyskiwał co rusz nowych gości i pokonywał wszelkie finansowe i przepisowe przeszkody, czym rozkładał na łopatki wszelkich konkurentów.
Nic więc dziwnego, że od kiedy tatko znalazł się w miejscu odosobnienia, nasze miejsce spotkań poczęło podupadać. Brakowało nam go na każdym kroku.
Mama, która na początku zaparła się, że we dwie też sobie damy radę, „bez łaski tego zbereźnika“, z czasem zmuszona została przyznać, że jednak bez „tego zbereźnika“ ani rusz. Uświadomienie sobie owego faktu wtrąciło mamę w fazę głębokiej depresji i zwątpienia. Zaczęły się kłopoty z dostawcami, z personelem, z bankami. Popadłyśmy w długi.
Do tego dochodziły kosztowne paczki z żywnością, które mama dwa razy w tygodniu zawoziła ojcu. Tatko mianowicie absolutnie nie dawał przekonać się do więziennego wiktu. Żywił się wyłącznie delikatesami z darów od mamy, a z nim cały personel zakładu karnego. Mama zaznaczała, że jest to tylko pożyczka, za każdym razem konsekwentnie podsuwając ojcu pod nos do podpisania potwierdzenie odbioru artykułów żywnościowych.

- Nie podaruję mu nawet gumy do żucia - mawiała.

- Dlaczego? - pytałam zdziwiona.

- A co, niech sobie nie myśli.

- Aha...

Argument był nie do zbicia.

Niebawem mama zaprzyjaźniła się z Filipem, właścicielem pralni chemicznej. Filip nie posiadał wytwornych manier tak jak mój ojciec, ani takiego wdzięku, ani uśmiechu, wywołującego dygotanie damskich nóg. Był przeciętnym mężczyzną z wałęsowskim wąsem, siwiejącymi skroniami i mniej lub więcej zarysowującym się brzuchem, w zależności od ilości wypitego piwa. Widać było, że kochał mamę. Do mnie odnosił się z szacunkiem, więc nie protestowałam, gdy postanowili wziąć ślub. Byłam nawet w pewnym sensie wdzięczna, bo jego zaloty pozwoliły mamie znowu uwierzyć w siebie, co automatycznie uwolniło ją od czarnej depresji. Pralnia została przeniesiona do naszych piwnic. Teraz we trójkę walczyliśmy o egzystencję hotelu.

Po pewnym czasie w drzwiach recepcji pojawił się ojciec.
Zauważyłam go z zaplecza, ale nie mogłam od razu wybiec mu na przeciw, gdyż prowadziłam rozmowę z dyrektorem banku, który kopytami i pazurami bronił się przed udzieleniem nam następnego kredytu. Czułam wprawdzie, że mogłabym owinąć go sobie wokół małego paluszka, gdybym tylko użyła odpowiedniego tonu, ale nie potrafiłam się przemóc. Bankowiec był wprawdzie mężczyzną imponującej postury, barczysty, o zdrowym uzębieniu i owłosieniu, ale na mnie sprawiał niepokojące wrażenie. Jego wodniste oczka i gładziuchna, wiecznie czerwona twarz przypominała mi oś męską w stanie wzwodu. Obawiałam się, że gdy podejdę zbyt blisko, ów utraci kontrolę nad swoimi emocjami, a ja nie zdążę schronić się przed tryskającymi dowodami jego sympatii.

- Dzień dobry, moje nazwisko pan Jan Kowalski - oznajmił tatko Filipowi, dyżurującemu w recepcji.

Pomimo, że Filip doskonale wiedział, z kim ma do czynienia, otworzył książkę meldunkową i począł wodzić palcem po zanotowanych nazwiskach.

- Rezerwował pan? - zapytał.

Ojciec w milczeniu przez chwilę patrzył mu w oczy.

- Zanim zacznę się tutaj z panem handryczyć - odpowiedział w końcu z godnością - będziesz pan uprzejmy poprosić szefową i przygotować mi pokój z widokiem na morze.

Po czym odwrócił się od Filipa o 90 stopni i, demonstracyjnie spoglądając w kierunku okna, dał do zrozumienia, że rozmowę uważa za skończoną.

Filip żachnął się, prychnął, coś tam mruknął, widać było, że złościł się, że jego samego nie stać na takie wystąpienie, ale nie pozostawało mu nic innego, jak w końcu posłać po mamę.

Tatko czekał z godnie uniesioną głową, w jednej ręce trzymał zamknięty parasol (zawsze powtarzał, że prawdziwy dżentelmen nie wystawia się na deszcz jak bezdomny pies), jego druga dłoń spoczywała na stole recepcji, bębniąc opuszkami palców po blacie. Gest potocznie uważany za oznakę zniecierpliwienia, ale w rzeczywistości manifestujący wyższość bębniącego nad otoczeniem.

Otoczenie, w tym wypadku mąż mamy, chwyciło za szmatkę od kurzu i z zapałem zabrało się do czyszczenia stołu, pozornie przypadkowo spychając tatusiną „perkusję“ z blatu. Muszę przyznać, że nie podejrzewałam go o taką pomysłowość. Gdy ręka tatusia spadła, Filip aż mlasnął z ukontentowania. Tatko natomiast cofnął się z niesmakiem, zdmuchnął niewidzialny pyłek z ręki i, w dalszym ciągu nie zaszczycając Filipa ani jednym spojrzeniem, spointował zajście wzmianką o trudnościach z dobrym personelem. W tym momencie do holu wbiegła mama.

- Warunkowo - powitał ją ojciec, rozkładając ramiona. – Abym na Dzień Ojca był już w domu.

- Wspaniale. Przychodzisz jak na zawołanie - odparła mama i zwróciła się do Filipa: - Daj klucze od „45“ z widokiem na morze.

- Proszę opłacić moją taksówkę - dodał ojciec - i przynieść bagaże do góry. Aha, i butelkę szampana!

W tym momencie zakończyłam swoją męczącą rozmowę.

- Tato!

- Lusieńko! - zawołał ojciec wzruszony. - Jesteś jeszcze piękniejsza, niż przed moim wyjazdem „na wczasy“. Masz już kilku narzeczonych?

Po chwili w pokoju taty zjawiły się walizki i szampan, który ojciec odkorkował z właściwym sobie wdziękiem.

- Za nowy początek, moje panie - wzniósł toast tato. - Koniec z uwodzeniem kobiet. Za nasz kwitnący hotel!

- Jasieńku, muszę ci coś wyznać - zaczęła mama.

- Wiem już, że jesteś mężatką - przerwał jej ojciec bez cienia wyrzutu - żoną tego sympatycznego człowieka z odstającymi uszami i bezmyślnym wyrazem twarzy.

Mamę na chwilę zatkało, ale zaraz zaczerpnęła powietrza i mówiła dalej.

- Nasz hotel jest paskudnie zadłużony. Jeżeli nie wpłynie większa gotówka, obiekt pójdzie pod młotek. Gdzie wtedy będziesz mieszkał, Jasieńku? Z czego oddasz mi pieniądze, które ci pożyczałam w czasie twojego pobytu w w... na wczasach?

Ojciec stropił się nieco i spojrzał na mamę podejrzliwie.

- Zamierzam za kilka tygodni na Dzień Ojca urządzić wielki bankiet, na który zaproszę kilka zamożnych wdówek i rozwódek - kontynuowała mama. - Pokażesz, co umiesz, Jasieńku.

- Chy... chyba żartujesz - wykrztusił Jasieniek zaskoczony. - Zostałem zwolniony warunkowo. A poza tym postanowiłem, że nigdy więcej...

- A z czego chcesz żyć, Jasieńku? - przerwała mu mama. - Z czego chcesz opłacić pokój z widokiem na morze?

- Ależ, kochana! To przecież nasz wspólny hotel!

- Hotel jest na moje nazwisko, Jasiu. Zapomniałeś? Pobyt w odosobnieniu chyba źle odbił się na twojej pamięci.

Mama wyposażyła ojca w najwytworniejszą garderobę i ułożyła mu ładny życiorys, robiąc z niego hrabiego.

- Nie jestem hochsztaplerem! - protestował ojciec.

- Oczywiście, że nie - zgodziła się mama łagodnie, całując go w czoło. - Ale zrozum, że nasz hotel potrzebuje reanimacji, a i ty z czegoś musisz żyć.

Na bankiecie roiło się od potencjalnych kandydatek na żony dla hrabiego Jana. Jedna zamożniejsza od drugiej.

- Słuchaj, ta w zielonej sukni z cekinami - podszeptywała ojcu mama - to niemiecka hrabina von Hohenstein. Dopytywała się już, kim jesteś. Poinformowałam ją, że jesteś naszym stałym gościem, hrabią...

- Twoja hrabina von Duperstein nie interesuje mnie - przerwał tatko wielce zirytowany. - Coś mi tu brzydko pachnie.

- Zwariowałeś?! - fuknęła mama. - Skropiłam cię przecież „Bleu de Chanel“. Kosztowały majątek!

- Chcę powiedzieć, że nie podoba mi się ten cyrk - irytował się dalej tatko.

- Ale ty się jej podobasz, Jasieńku. Ona tak się rwie do ciebie, że aż jej się cekiny nastroszyły.

- Ale mnie się nic nie nastroszyło. To się źle skończy!

- Źle się skończy, jak natychmiast nie wpłynie parę groszy na nasze konto - syknęła mama. - A ty, hrabio, skończysz w przytułku dla bezdomnych. Z widokiem na morze!

Ojciec rozeźlony energicznym krokiem wyszedł na taras.

Chciałam pobiec za nim, ale mama złapała mnie za rękaw.

- Czekaj, czekaj - szepnęła, pokazując oczami w stronę okna.

Za ojcem podążyły nastroszone cekiny.

Gdy po chwili zaniosłam na taras tacę z drinkami, usłyszałam, jak ojciec szwargotał do hrabiny:

- Siedziałem w więzieniu za bigamię.

Wstrzymałam oddech przestraszona, że tatko sabotuje nasz zabieg reanimacyjny. Ale hrabina zareagowała serdecznym śmiechem.

- A ja o mało co nie poszłam siedzieć za hochsztaplerstwo - zaklekotała. - Moim marzeniem zawsze było zostać hrabiną. Polowałam na każdego możliwego hrabiego, ale oni byli zainteresowani tylko moimi pieniędzmi. Biedna nie jestem, wie pan... W końcu stać było mnie na ten tytuł...

Od tej pory tatko i rzekoma hrabina stali się nierozłączną parą.

Mama i Filip najpierw zacierali ręce, a potem gryźli paznokcie ze złości, że ojciec nie każe wystawić sobie żadnego czeku od zakochanej niewiasty. Zamiast tego urządza spacery przy świetle księżyca, gania się ze starym pudłem po plaży jak nastolatek i przy stole wkłada jej winogrona do ust.

Pewnego wieczoru odkryłam tatę samotnie siedzącego na głazie. Patrzył na zachodzące słońce. U jego stóp cicho szemrały małe fale.
Wyczułam, że był smutny. Podeszłam bliżej.

- Tatuś? Niewesoło ci, co? - zagadnęłam.

Tatko gestem dłoni wskazał na miejsce koło siebie. Usiadłam, a on objął mnie ramieniem. Oparłam głowę na ojcowskiej piersi.

- A tobie wesoło, Lusieńko?

- Ani trochę. Wszystko się plącze - odparłam. - Moi narzeczeni żądają ślubu, mama się wścieka, że nie doisz hrabiny i martwi się zbliżającą się plajtą, bank nie chce dać kredytu, wierzyciele przystawiają nam nóż do gardła...

Ojciec pogłaskał mnie po włosach.

- A więc to tak?! - usłyszeliśmy nagle przeraźliwy okrzyk za naszymi plecami.

Podskoczyliśmy przestraszeni.

Pani Hohenstein roztrzęsiona patrzyła na nas z wyrzutem.

- A ja ci tak wierzyłam! - wrzasnęła wniebogłosy, z emocji wymachując ramionami jak wiosłami.

Pomyślałam z obawą, że jeszcze się nam biedulka dowiosłuje zawału i tyle zobaczymy jej Euro.

- Ależ, Gertrudo...

Tatko próbował wyjaśnić więzy pokrewieństwa, przy czym chwycił rozemocjowane wiosło hrabiny, chcąc złożyć na nim szarmancki pocałunek. Ale Gertruda wyrwała dłoń, ojciec mlasnął w nadmorskie powietrze, zraniona kobieta rozkrzyczała się histerycznie, po czym wymierzyła ojcu siarczysty policzek i pomaszerowała w stronę hotelu.

Mama pluła jadem, że ojciec bez wyjaśnienia pozwolił „nadzianej babie“ wyjechać, wyzywała ojca od osłów, nieudaczników i pasożytów. Filip patrzył na tatę z nieukrywaną pogardą, zgadzając się we wszystkim z mamą. Obawiałam się już, że wypowiedzą tacie ten pokój z widokiem na morze, ale jednak tatko został z nami, tyle tylko że przez kilka tygodni prawie nie wychodził z pokoju.

Aż pewnego dnia...

Przed naszym budynkiem zatrzymała się elegancka limuzyna, z której wysiadło dwóch panów w eleganckich garniturach z eleganckimi teczkami w rękach. Zażądali rozmowy z właścicielką hotelu.
Po pół godzinie mama zadzwoniła po naszego adwokata, który pojawił się natychmiast w niemniej eleganckiej garderobie. Torbę miał wprawdzie nieco mniej elegancką, bo dżinsową, ale nie bądźmy drobiazgowi. W każdym bądź razie po dwóch godzinach cały wersal ruszył do wyjścia.

Mama wypadła z biura jak burza.

Dowiedzieliśmy się, że sprzedała hotel. I to za cenę wyższą, niż jej się w życiu marzyło. A do tego zaproponowano jej, aby została na stanowisku kierowniczki.

- Cud! Cud! Kochani, zdarzył się cud! - wołała mama, ściskając wszystkich po kolei. - Koniec trosk, koniec zmartwień... Dyrektor banku niech się kula w buraki z tym swoim kredytem! Nowy właściciel to jakiś zagraniczny potentat. Dla niego reanimacja podupadającego hotelu będzie pestką. Ach, Filipie, teraz mamy pieniądze na nowe filtry do pralni... Jasieńku, ciesz się z nami! Nie zostawimy cię w potrzebie. Zawsze będziesz miał u nas talerz ciepłej zupki. No, uśmiechnij się w końcu!

Na wspomnienie o zupce ojciec rzeczywiście się uśmiechnął. Gorzko i z rezygnacją. Ale mama, ogarnięta ekstazą, już tego nie zauważyła.

- Filipie, szampana! - zawołała.

Po chwili polano całemu personelowi.

- Za nowego właściciela! - wzniósł toast tatko.

- Za nowego właściciela! - odkrzyknęliśmy chórem, unosząc kieliszki.

- Danke! - rozległo się nagle z korytarza. - Dziękuję.

Wszystkie głowy odwróciły się w kierunku, skąd dochodził głos.

W drzwiach stała... hrabina na niby, pani Hohenstein.

- Nie przerywajcie sobie - rzekła głośno. - W końcu świętujecie na moją cześć. Ale za dziesięć minut proszę wracać do pracy. To dotyczy się również pani, pani kierowniczko.

Mama nie zdążyła jeszcze skinąć głową, gdy Gertruda chwyciła ojca pod rękę i pociągnęła na taras.

Mama, przytomna jak zawsze, błyskawicznie połapała się, że ojciec praktycznie wszedł już w posiadanie pani Hohenstein i tym samym naszego hotelu.

- Proszę państwa - klasnęła mama w ręce - impreza skończona! Każdy wraca do swoich obowiązków. Filipie, maszeruj do pralni, wszystko ma być na tip-top, żeby Jan nie miał się do czego przyczepić. Mam nadzieję, że nie poszuka sobie innej pralni.

- Nie martw się - usłyszeliśmy nagle głos tatka, który wkroczył do holu z hrabiną pod rękę. - W razie czego zawsze będziesz miała u mnie talerz ciepłej zupki.

Mama przełknęła gorzką pigułkę bez słowa sprzeciwu.

Ale rzeczywiście nie miała powodu do zmartwienia.

Hotel znowu kwitnie, pralnia Filipa go opiera, a tatko ożenił się ponownie. Jednak tym razem tylko z jedną kobietą.

Przynajmniej tak twierdzi.


Krystyna Czerny


Krys.jpg
Plik ściągnięto 172 raz(y) 289,79 KB

_________________
Krys
Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2011-07-25, 13:16, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Lesio Sowa 

Wiek: 69
Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 16
Skąd: Arizona
Wysłany: 2011-07-27, 20:50   

obys zgnil w tej ciupie,takie sa kobiety-ale felieton ciekawy i tatko wyszedl na tym interesie najlepiej:))
_________________
Lesio
 
 
Andrew 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 77
Dołączył: 10 Cze 2011
Posty: 117
Skąd: North Carolina, USA
Wysłany: 2011-07-27, 21:55   

Lesio hehehehehehehehehe! Popieram Lesia!
_________________
Andrew
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione