Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Polska tylko dla Polaków
Autor Wiadomość
Jan Oliver 

Wiek: 48
Dołączył: 23 Lip 2011
Posty: 18
Skąd: Warszawa - New York
Wysłany: 2011-08-01, 20:27   Polska tylko dla Polaków

Polska tylko dla Polaków


Rafał przystawił butelkę piwa do ust i pociągnął kilka łyków.

- He, Kazik, idziemy przetrzepać Rumunów? - zapytał, obcierając usta rękawem.

- Dlaczego nie Ruskich? - zakpiłem.

Przyjąłem wprawdzie ironiczny wyraz twarzy, ale przerażenie, jakie ogarnęło mnie przy naszej ostatniej „akcji“ wobec gości zza Buga nie minęło do dzisiaj.

Rosjanin wyglądał całkiem niepokaźnie. Szedł z kolegą i coś mu perorował tym swoim śpiewnym akcentem. Rafał wyskoczył z bramy, złapał go za klapy, wrzasnął „Polska tylko dla Polaków!“ i prawym prostym strzelił go w szczękę. Drugi Rosjanin, który chciał przyjść koledze z pomocą, dostał w żołądek ode mnie i rozłożył się na chodniku jak długi. Spóźnieni przechodnie rozpierzchli się w oka mgnieniu. Ich szczęście, gdyż Rosjanin wyszarpnął nagle zza paska pistolet i posłał w kierunku Rafała cały magazynek. Trafił go tylko w łydkę. Zwiewaliśmy gdzie pieprz rośnie.

Po tym zdarzeniu trzymaliśmy się od Rosjan z daleka. Skupiliśmy się za to na Rumunach, gdyż ci zdawali się być bardziej zastraszeni. I na Wietnamczykach, którzy z racji wzrostu nie wyglądali groźnie. Rafał wspominał czasami, że powinniśmy Rosjanom odpłacić nożem w żebra za tę postrzeloną łydkę. Ale ja nie chciałem o tym słyszeć, tłumacząc, że nie jesteśmy przecież mordercami, lecz bojownikami o czystą Polskę.

- No to co? Idziemy „posprzątać“? - nalegał Rafał. - Wiem, gdzie mieszka kilka rumuńskich rodzin. Zaczaimy się przed bramą...

- Dzisiaj nie mogę - przerwałem mu, przeciągając się. - Muszę lecieć na chatę, bo mój brat przyjeżdża. Był na jakiejś ekspedycji w Indiach, czy gdzieś tam.

Gdy wróciłem do domu, brat siedział już przy stole.

- Rysiek! - zawołałem uradowany i trzasnąłem go w ramię.

- Cześć, mały! - starszy uścisnął mnie serdecznie. - Co porabiasz? Jak tam w szkole?

Zignorowałem niewygodne pytanie, udając, że jestem zajęty rozpinaniem kurtki.

- Przywiozłeś zdjęcia, Rysiek? - zapytałem po chwili. - Pokaż!

Uwielbiałem oglądać zdjęcia z podróży brata i słuchać jego opowiadań o kulturze i obyczajach egzotycznych krajów.

- Przywiozłem filmy. Muszę je dać najpierw do wywołania - odpowiedział Rysiek. - Siadaj stary, pogadamy.

- Ależ, Rysiu, na pewno jesteś zmęczony - zaprotestowała z kuchni mama. - Połóż się najpierw spać. Masz za sobą taką długą podróż.

- Później, mamo, muszę się najpierw nagadać z bratem. Chyba że Kajtek ma jeszcze lekcje do odrobienia...

- Nie nazywaj mnie Kajtkiem - obruszyłem się. - Mam na imię Kazik, zapomniałeś?

- Dobra, nie gniewaj się, stary - powiedział Rysiek ugodowym tonem. - Mnie się ciągle wydaje, że jesteś moim małym braciszkiem, któremu opowiadałem dzieje Winnetou.

- Dzisiaj nikt już nie ogląda Winnetou - parsknąłem śmiechem.

- Masz rację, Kajtek. Czasy się zmieniły. I ty się zmieniłeś. Podrosłeś, stałeś się rozsądniejszy.

- Jak skończę szkołę, to będę tak jak ty robił reportaże z dalekich krajów. Może nawet będę jeździł z tobą.

- Ale najpierw musisz zrobić maturę - zastrzegł Rysiek.

- Maturę? - roześmiała się mama gorzko. - Kajtek chyba nawet nie skończy swojej zawodówki. Z takimi kolesiami...

- Mamo, daj spokój - żachnąłem się. - Musisz psuć nastrój?

- Daj spokój, mamo - poparł mnie Rysiek. - O tym porozmawiamy przy okazji.

- To gdzie byłeś tym razem, podróżniku?

- W Pakistanie. Przez ten rok nawet nieźle nauczyłem się ich języka...

- W Pakistanie? Do naszego bloku wprowadzili się Pakistańczycy z takim pięcioletnim pętakiem - zawołałem.- Mieszkają nad nami na drugim piętrze. Zapach ich czosnkowego żarcia dochodzi aż do naszych drzwi. Ta baba jest wysoko w ciąży. Jak ostatnio Mahmoodowie, to znaczy ci Pakistańczycy, przechodzili koło naszego mieszkania i coś tam po swojemu gardłowali, to uchyliłem drzwi i wrzasnąłem „Precz z cudzoziemcami!“

- Głupiś! - mama trzepnęła mnie w głowę ścierką od naczyń. - Przycież my też jesteśmy cudzoziemcami...

- Co? My cudzoziemcami? Coś ci się pokręciło, mamo! - roześmiałem się.

- Nie dałeś mi skończyć, Kajtku. Jesteśmy cudzoziemcami we wszystkich krajach oprócz Polski. Jeżeli wszyscy będą tak jak ty krzyczeć „Precz z cudzoziemcami“, to ludzie przestaną odwiedzać obce kraje. Jak wtedy będziesz pisał te swoje reportaże?

- Dlaczego mamy być mili, skoro oni są dla podli? - oburzyłem się. – Jak ostatnio byłem z Rafałem w Berlinie, to nas gonili, że niby handel wódką na ulicy jest niezgodny z prawem. Niemców by nie ruszali, tylko Polaków. Co za wredny naród te Szwaby! No nie, Rysiek?

Ale mój brat nie odpowiedział. Patrzył na mnie zamyślonym wzrokiem.

- Słuchaj, Kajtek, a właściwie dlaczego tak zawołałeś? - zapytał po chwili.

- No jak to dlaczego? - wzruszyłem ramionami. - Przecież wszyscy tak wołają.

- Kto?

- No, kto? Na przykład Rafał.

- Rafał, aha. Skończył politologię?

- Politologię? Nie. Ale powiedz sam, Rysiek, czy Warszawa nie powinna być tylko dla Polaków?

- Kajtek, co ty bredzisz? Rzucasz nacjonalistycznymi hasłami, a przecież Polska bardzo się stara, by być godnym partnerem w Unii Europejskiej... Oj, do licha, czy wiesz, że tacy skrajni prawicowcy jak ty odpowiedzialni są za rzeź w Kosowie? I że dzięki takim typom Hitler doszedł do władzy?

- Kto to był Hitler?

Po tym pytaniu mama i Rysiek zamilkli w niemym sprzymierzeniu. Mama przymknęła oczy jakby z rozpaczy, natomiast brat patrzył na mnie z niedowierzaniem.

- Lepiej opowiedz, jak jest w Pakistanie - poprosiłem, aby rozładować atmosferę.

- To niesłychany kraj - uśmiechnął się Rysiek. - Ludzie są bardzo biedni, ale niespotykanie przyjaźni...

Rozmawialiśmy do późnej nocy. Mama położyła się wcześniej.

- Jest zmęczona - szepnął brat, oczami wskazując w stronę pokoju matki.

- Jutro nie wolno jej zaspać - odpowiedziałem - bo ma sprzątania na drugim końcu Warszawy. U jednej takiej żony austriackiego dyplomaty, wyjątkowo dokładnej i punktualnej, i u takiej nowobogackiej Polki. Mama mówi, że to paskudna baba, bo czepia się wszystkiego, żeby tylko zademonstrować swoją przewagę nad ludźmi o „gorszym statusie socjalnym“.

O trzeciej nad ranem zaczęły nam się kleić oczy. Rozstaliśmy się, obiecując sobie kontynuowanie rozmowy na drugi dzień, gdy wrócę ze szkoły.

Następnego dnia mama wychodząc do pracy, zawołała, że już czas wstawać. Ubrałem się po cichu, żeby nie budzić Ryśka, łyknąłem trochę herbaty i z plecakiem szkolnym wymknąłem się z mieszkania.
Na pierwszej lekcji czekała mnie klasówka z geografii. Postanowiłem, że wytężę umysł, ile się da, żeby naprawdę skończyć szkołę i móc jeździć z bratem do obcych krajów.
Możliwie najciszej zatrzasnąłem za sobą drzwi, odwróciłem się i - zbaraniałem.
Na schodach siedziała pakistańska sąsiadka, stękając i dysząc jak lokomotywa. Obok niej kucał jej mały synek i popłakiwał.
Kobieta rzuciła mi szybkie spojrzenie, od którego zrobiło mi się głupio. W jej oczach zauważyłem umęczenie i ból, ale to nie wszystko. Jej wzrok zaszokował mnie, gdyż odniosłem wrażenie, że do tego dołączył się strach. Strach na mój widok.
Odchrząknąłem.

- Czy coś panią boli?

Ale zamiast odpowiedzi usłyszałem jeszcze głębsze sapanie. Pomyślałem, że albo ma zawał, albo ją brzuch po czymś rozbolał. Albo może zapalenie pęcherza, bo u jej nóg widniała mokra kałuża.
Zadzwoniłem do sąsiadki naprzeciw. Gdy nikt nie otworzył, pobiegłem piętro wyżej. Ale tam też nikogo nie było. Więc pognałem do sąsiadów na parterze. Miałem szczęście, bo otworzyła stara Kowalska. Opowiedziełem jej, co się dzieje z Mahmoodową.
Kowalska wybiegła w szlafroku.

- O Jezu, wody płodowe już odeszły - wrzasnęła. - Kajtek dzwoń po pogotowie i powiedz, że to już bóle parte!

- Co? Co mam powiedzieć?! - przestraszyłem się.

- Ach, nic! Teraz i tak już za późno. Trzeba ją ułożyć - zawołała Kowalska. - Ale ona już się do mnie nie dowlecze... Kajtek, otwieraj drzwi do waszego mieszkania!

W międzyczasie na korytarz wyglądnął zbudzony rwetesem Rysiek. Natychmiast zrozumiał sytuację i wspólnymi siłami z Kowalską wprowadził stękającą Mahmoodową do mamy pokoju.

- Zaraz zadzwonię po pogotowie - powiedział mój brat. - Pani Mahmood, niech mi pani da też numer do pracy pani męża...

- Nie, nie - wykrztusiła z siebie kobieta - to pierwszy dzień pracy... lepiej niech się nie zwalnia... Ja dam sobie sama radę... Ale... ale Shahab... Mere lal...

Popatrzyła w stronę skulonego koło łóżka syna, który płakał coraz głośniej.

- Kajtek, zabieraj go stąd! - zarządził Rysiek. - Daj mu kakao, albo zagraj z nim w coś.

Szarpnąłem chłopaka za rękę, ale ten wyszarpnął mi dłoń, skulił się jeszcze bardziej i rozwył na cały głos.

Matka rzuciła do niego kilka słów w swoim języku, w których kilka razy powtórzyło się mere lal.
Pędrak ucichł i posłusznie podniósł się z podłogi. Ale nadal nie ruszał się z miejsca.
Poczułem, że wszyscy patrzą na mnie, jakby czekali, że go nakłonię do wyjścia z pokoju. Zrobiło mi się gorąco jak podczas egzaminu ustnego.

- No, nie bój się mały - powiedziałem, jak umiałem najłagodniej - chodź, zrobię ci w kuchni samolot z papieru... I dam ci gumę balonówę. Umiesz robić balony z gumy?

Sam nie mogłem w to uwierzyć, ale chyba zdałem egzamin, bo pętak rzeczywiście ruszył za mną.
Wychodząc, zapytałem Ryśka po cichu, czy wie, co to znaczy „mere lal“.

- To jest język urdu, używany w Pakistanie, oznacza „mój syneczku“ - odparł brat.

Pogotowie nie przyjeżdżało, pani Mahmood stękała z wysiłku, Rysiek biegał w tą i z powrotem, znosząc do pokoju wszystko, czego zażądała Kowalska, a ja i Shahab siedzieliśmy w kuchni, puszczaliśmy samoloty i piliśmy kakao. Przy czym starałem się siorbać jak najgłośniej, żeby mały nie słyszał, jak jego matka jęczy.

Nagle wszystko ucichło. Nawet ja, nie wiem dlaczego, przestałem udawać siorbające prosię przy żłobie. I wtedy usłyszeliśmy lekkie miauczenie. Jakby w odpowiedzi na ten dźwięk w pokoju rozległ się głośny śmiech Ryśka i Kowalskiej oraz zdławiony, a jednocześnie radosny głos Mahmoodowej.
Odetchnąłem z ulgą, bo jeszcze przed chwilą dałbym głowę, że kobieta umiera.

- Chodźcie, chodźcie! - zawołała Kowalska, otwierając drzwi - mamy ślicznego chłopczyka.

Zaciekawieni weszliśmy do pokoju. Muszę przyznać, że na widok „ślicznego chłopczyka“ zrobiło mi się niedobrze. Pomyślałem sobie, że sam Lucyfer nie może być brzydszy.

- Zobacz, Shahab, masz braciszka - powiedział Rysiek.

- Taki słodki - dodała Kowalska.

Shahab popatrzył na niemowlę, potem na matkę i skrzywił się.

- Jest brzydki jak szczur - powiedział.

Wybuchnąłem śmiechem i nadstawiłem Shahabowie otwartą dłoń.

- Przybij piątaka, kumpel!

W tym momencie do mieszkania weszli lekarza z pogotowia.

- Czy mój synek może u pani zostać? - zapytała pani Mahmood, gdy wynoszoną ją na korytarz. - Tylko do siedemnastej, aż mój mąż wróci z pracy...

- Nie, nie, ja nie chcę! - krzyknął Shahab, któremu znowu pokazały się łzy w oczach.

Pani Mahmood zaczęła coś z tym swoim „mere lal“, ale chłopaczek nie dawał jej dojść do słowa, protestując na całe gardło przeciwko czekaniu na ojca u Kowalskiej. Nawet go rozumiałem.

- Co ty, stary, nie pękaj się - wtrąciłem, gdy po policzkach polały mu się łzy - to dobre dla dziewczyn i mazgajów. A ty jesteś gość okay.

Grzmotnąłem go po koleżeńsku w łopatkę. Może trochę za mocno, bo chłopak aż zgiął się wpół. Ale zaraz wyprostował się, obcierając łzy.

- Ja zostanę z Kazikiem - zadecydował.

- Z Kajtkiem? - skrzywił się sceptycznie Rysiek.

- Z Kazikiem - poprawił go Shahab.

Chyba dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że maluch jest całkiem do rzeczy.

- Nie ma sprawy - rzuciłem. - I tak obiecałem, że nauczę go robić balony z gumy. Ale jutro możesz do mnie przyjść dopiero po południu, jak wrócę ze szkoły.

Wieczorem zreferowaliśmy mamie nasze dramatyczne przeżycia. Mama przytuliła mnie do siebie.

- Mój syneczku - szepnęła wzruszona.

Po czym stwierdziła, że po raz pierwszy moje wagary miały sens. Jednak gdy zapewniałem ją, że jednocześnie są to moje ostatnie wagary, nie chciała wierzyć. Ja zresztą też nie. Ale tak właśnie było. Przynajmniej do dzisiaj.

Gdy następnym razem spotkałem Rafała, odniosłem wrażenie, jakbyśmy niespodziewanie oddalili się od siebie o lata świetlne. Wydawało mi się, że rozmawiam ze ślepym.
On ciągle jeszcze nie dostrzegał, że cudzoziemcy nadają wizerunkowi Warszawy nowych, ciekawych barw i uczą nas tolerancji wobec inności drugiego człowieka...
Chociaż jak się głębiej zastanowię, to muszę przyznać, że oni wcale nie są tacy inni.
_________________
Jan Oliver
 
 
KulturKampf 

Dołączył: 21 Lut 2011
Posty: 194
Skąd: Warszawa-ul. Mochnackiego
Wysłany: 2011-12-03, 12:49   

:!: http://www.youtube.com/watch?v=ZhiJ0eZWiOA

Makumba - klasyk z poprzedniego wieku. Zespół Big Cyc.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione