Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
NIEZWYKŁE ŚWIATŁO
Autor Wiadomość
Umbra Eight 

Dołączyła: 29 Lip 2011
Posty: 33
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-08-06, 22:30   NIEZWYKŁE ŚWIATŁO

Niezwykłe światło

Mój mąż założył kurtkę i spojrzał na zegarek.

- Przerwa obiadowa się kończy, czas na mnie… Podwieźć cię, Haniu? - zaproponował.

- Chyba żartujesz - roześmiałam się. - Te sto metrów?

- Ale ty jeszcze jesteś słaba...

- Cztery tygodnie leniuchowałam na zwolnieniu. Jestem silna jak tur - zawołałam i na potwierdzenie słów napięłam jednego bicepsa.

Ale Darek nie roześmiał się, tylko zmarszczył brwi.

- Druga zmiana od razu po chorobowym, to mi się nie podoba... W ogóle nie powinnaś pracować, jesteś zbyt wrażliwa. Jak jakiś klient krzywo na ciebie spojrzy, dostajesz temperatury.

Darek oczywiście przesadzał. Nigdy nie lubił mojej pracy, bo tak jak ja wolałby, żebym została w domu, gotowała obiadki, opiekowała się jego babcią, a może i urodziła dziecko. Ale chwilowo nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Brakowało nam jeszcze paru groszy na otwarcie własnego warsztatu samochodowego.
W tym nowo wybudowanym supermarkecie zarabiałam całkiem ładną sumkę, bo 700 zł. miesięcznie, a do tego dochodziły nadgodziny i dyżury w niedzielę. Szkoda byłoby z tego zrezygnować.

Wypchnęłam Darka z domu, żeby szef mu nie zarzucił, że przeciąga przerwę obiadową.

- Przyjadę po ciebie o dziesiątej - zawołał na odchodnym.

Nie miałam nic przeciwko temu, bo nie lubiłam chodzić sama po nocy. Narobiło się teraz tylu przestępców i pijaków, że wolałam nie ryzykować. Wprawdzie nasza firma odwoziła „nyską“ pracowników drugiej zmiany do domów, ale mnie akurat nie, bo mieszkałam za blisko.

Wyglądnęłam przez okno, aby sprawdzić, czy nie będzie padać. Mgła wisiała wysoko pod niebem, przepuszczając promienie słoneczne tylko w nieszczelnych miejscach. Ale i te promyczki były anemiczne, załamywały się kilkakrotnie, odbijały od cząsteczek wilgotnej mgły i raziły ludzi w oczy, zupełnie jakby słońce świeciło na wysokości ich źrenic.

- Jakie niesamowite światło - wyszeptałam zafascynowana.

- Światło zmarłych - dobiegł mnie skrzeczący głos babci Darka. - Przy takim świetle duchy wychodzą z grobów i załatwiają stare porachunki.

- To już nie w księżycowe noce? - zadrwiłam, ale zaraz ugryzłam się w język. Nie powinnam była dawać się prowokować. Dla świętego spokoju.

- Dzisiaj jest właśnie pełnia księżyca - burknęła staruszka.

- Dlaczego mnie straszysz? - zdenerwowałam się pomimo najlepszych chęci. - Przecież wiesz, że muszę przejść koło cmentarza.

Nigdy nie robiłam tajemnicy z tego, że obawiałam się cmentarzy.

- Ludzie z czystym sumieniem nie mają się czego bać - usłyszałam.

Z czystym sumieniem“ - powtórzyłam w duchu.
A co to jest? Kto z nas jest bez winy, niech podniesie kamień i rzuci nim w ducha...
Och, co za bzdury przychodzą mi do głowy! Może rzeczywiście powinnam jeszcze zostać na chorobowym.

Czułam, że powietrze w domu stało się ciężkie od mojej złości na babcię i od jej antypatii do mnie. Nigdy mnie nie lubiła, mimo że co rusz wyciągałam do niej rękę na zgodę. Postanowiłam jakoś poprawić atmosferę, więc wychodząc z domu, zapytałam, czy kupić jej coś szczególnego na kolację.

- Dzisiaj nie mogłabym niczego przełknąć - powiedziała znacząco, stojąc przy oknie i spoglądając w stronę cmentarza.

Westchnęłam. Tego mi jeszcze brakuje, żeby staruszka zbzikowała na stare lata.
Niech już sobie mnie nie lubi, ale niech pozostanie przy zdrowych zmysłach.

W ogródku odwróciłam się do okna i pomachałam jej ręką, bo zawsze byłam zdania, że na antypatię najlepszą bronią jest sympatia. Ale babcia nie zareagowała, trwając bez ruchu ze skamieniałą twarzą i wzrokiem wbitym w cmentarz.

Otwierając ciężkie drzwi służbowego wejścia do sklepu, miałam wrażenie, że wchodzę do jaskini lwa. Postanowiłam sobie w duchu, że nie pozwolę klientom wyprowadzić się z równowagi. Wielu kupujących zachowywało się bardzo sympatycznie, wielu nawet przymilnie i służalczo, jakby nie mogli jeszcze uwierzyć, że aroganckie sprzedawczynie przeminęły razem z komunizmem, ale istniała pewna grupa klientów, którzy zbyt dosłownie rozumieli slogan „Klient nasz pan“ i wyładowywali na nas swoje frustracje, zupełnie jakby chcieli odwrócić swoją uwagę od własnych niedociągnięć charakteru.
Jednak cios przyszedł z innej strony. Gdy przebrana ruszyłam na swoje stanowisko, kierowniczka zawołała:

- Stop, stop, pani Haniu! Zły kierunek. Pani jest teraz na mięsnym.

- Na mięsnym? Ale dlaczego? Przecież moje są słodycze - zdziwiłam się.

- Były słodycze - poprawiła mnie szefowa. - Przez pani długą nieobecność, musieliśmy przyjąć nowy personel. Teraz proszę iść na mięso, tam jednej osoby brakuje...

- Ale ja zawsze byłam na słodyczach - zaprotestowałam. - Wszystko jest poukładane według mojego pomysłu, cały koncept stoiska...

- Proszę pani! - przerwała mi ostro kierowniczka. - Jest popołudnie, największy ruch, proszę nie dyskutować, tylko zastosować się do mojego polecenia!

Na drżących nogach skierowałam się w stronę mięsnego. Co za dzień! Na stoisku zauważyłam, że brakowało części wędlin. Dziewczyny z pierwszej zmiany nie powykładały wszystkiego.

- Nakichaj na to - burknęła koleżanka. - Jak im się nie chciało, to dlaczego my mamy się wysilać.

Zacisnęłam zęby, żeby zdusić w sobie pęczniejące uczucie irytacji, i bez słowa ruszyłam do mroźnego magazynu po brakujące kiełbasy. Po pół godzinie wszystko było poukładane i nakrojone, tylko moje ręce zsiniały z zimna.
Gdy w końcu się rozgrzałam, przyszła dodatkowa dostawa mięsa, którą musiałyśmy rozładować. I znowu mordercza bieganina do lodowatego magazynu i z powrotem.
Pod koniec pracy wstrząsały mną dreszcze. Ale wiedziałam, że nie mam się co skarżyć, bo kierowniczka nie tolerowała mazgajów . Albo pracujesz, albo do widzenia! Na twoje miejsce znajdzie się dziesięć takich.

Gdy późnym wieczorem zdjęłam w końcu fartuch, czułam, że mam temperaturę. Ładne kwiatki. Znowu pójdę na chorobowe. I pewnie tym razem czeka mnie wymówienie.
Wyszłam prawie ostatnia. Kierowniczka zatrzasnęła za mną wrota, burcząc coś na temat zimnych i mglistych wieczorów. Koleżanki sprzedawczynie upychały się w małej „nysce“.

- Dobranoc - zawołałam głośno, rozglądając się za samochodem Darka.

- Pani Haniu - z szoferki „nyski“ wychylił się kierowca - może lepiej podrzucimy panią pod dom, bo widzę, że nawaliły światła wzdłuż drogi koło cmentarza.

- Nie, dziękuję! - odkrzyknęłam. - Mąż zaraz po mnie przyjedzie.

Gdy tylne światła„nyski“ zniknęły w oddali, poczułam się dziwnie samotnie. Dreszcze wzmogły się, wydawało mi się, że moje szczękanie zębami słychać w całej okolicy, a nawet przyszła mi do głowy przejmująca myśl, że odbija się ono echem od kamiennych nagrobków.
Natychmiast skarciłam się za te bzdury, ale to wcale nie poprawiło mi humoru. Światło przy służbowym wejściu do sklepu nie starczało nawet, aby oświetlić cały pusty parking. Ginęło we mgle i ciemności, a za jego zasięgiem czaiła się gęsta czerń nocy.
Pomyślałam, jakie to dziwne, że jeszcze dwie godziny temu czekałam na tę noc z utęsknieniem, bo miała uwolnić mnie od sklepu, przynieść odpoczynek, spokój, przytulne łóżko, ciepłe ramię śpiącego Darka. A teraz napawała mnie lękiem.

Natężyłam słuch w nadziei, że usłyszę warkot silnika naszego samochodu, ale do moich uszu dotarły tylko strzępy pijackich okrzyków.

„Co się z nim stało?“ - zaniepokoiłam się o Darka.

Mój mąż był wyjątkowo sumienny. Jeżeli powiedział, że przyjdzie, to przyjdzie nawet po trupach.
Na myśl o trupach, zrobiło mi się jeszcze bardziej nieprzyjemnie. Chyba nic się nie stało? Może samochód wysiadł? Ale wtedy Darek przyszedł by po mnie pieszo. Wszak to niedaleko. Czyżby zapomniał? Albo zasnął przed telewizorem? Niemożliwe. On mnie przecież nie zawiódł jeszcze nigdy.

- Chu-chu-chuuuu! - rozległo się od strony cmentarza.

Serce zabiło mi młotem. Odruchowo przytuliłam się do chropowatej ściany sklepu. „Jeżeli zostanę w świetle, duchy nic mi nie zrobią“ - przemknęło mi przez głowę. Ale zaraz się żachnęłam. Zachowuję się jak pięciolatka! Kto to wierzy w dzisiejszych czasach w duchy!
Duchów nie ma, duchów nie ma“ - powtarzałam w myślach, coraz szybciej i coraz bardziej histerycznie. „Spokojnie!“ - nakazałam sobie.
Muszę się skoncentrować i popatrzeć na sytuację rzeczowo. Czego ja się właściwie boję? Stoję na parkingu, obok sklepu, który znam na wskroś, wokół parkingu rosną bujne krzewy... Czy to właśnie one napawają mnie strachem? Dlaczego? Są zupełnie niegroźne, to forsycja, złotodeszcz, dzika róża. Nic mi nie zrobią, nikt się w nich nie chowa, co najwyżej ptactwo. Tak jak ten puchacz, który przed chwilą nawoływał swoim upiornym krzykiem.
Demonstracyjnie wzruszyłam ramionami i aby przekonać samą siebie, że emocje mam pod kontrolą, oderwałam się od ściany i zrobiłam kilka kroków w tę i z powrotem.
Usiłowałam wmówić sobie, że się nie boję, tylko jest mi nieprzyjemnie z powodu przejmującego, wilgotnego zimna, a na dodatek trawi mnie gorączka.
Jednak nadmiar adrenaliny we krwi nie dawał się przekupić pokrzepiającymi sugestiami. Czułam, że strach dusi mnie w gardle i dygoczą mi kolana.

Wtem usłyszałam kroki na żwirze. Już chciałam zawołać, że jestem tutaj, ale nagle zdałam sobie sprawę, że były to kroki kilku osób. To nie może być Darek.
Następna porcja adrenaliny zaostrzyła moje zmysły i w tym momencie dotarły do mnie przytłumione słowa męskich głosów.

- Ty z tamtej strony... - zawołał jeden.

- To tylko baba ... Mały problem... - odkrzyknął po cichu drugi głos.

Zdałam sobie sprawę, że stojąc w świetle, jestem dla nich widoczna jak na dłoni. W desperackim zrywie pobiegłam w stronę zarośli, otaczających sklepowy parking. Zanurzona w ciemność przystanęłam, dysząc zdenerwowana, i spojrzałam w stronę sklepu. Żarówka nad wejściem zdawała się ledwo żarzyć. Być może mgła pochłaniała wszystkie luksy, rozpraszała je na strony, tworząc upiorną scenerię.
W kręgu światła zamajaczyły trzy męskie sylwetki.

- Przed chwilą... była... Pobiegła... - docierały do mnie pojedyncze słowa.

- Tam... w krzaki... Trza złapać - jeden z nich pokazał ręką w moim kierunku.

Poczęłam się cofać, nie wiedząc gdzie stąpam. Było tak ciemno, że nie mogłam dostrzec własnej dłoni.

Zauważyłam, że w rękach wszystkich trzech mężczyzn przy sklepie pojawiły się latarki. Silne snopy światła bezlitośnie cięły ciemność, która w tej sytuacji była moim jedynym sprzymierzeńcem. Światło latarek zbliżało się do miejsca, gdzie stałam.
Zaraz mnie odkryją“ - struchlałam. Nie byłam w stanie się poruszyć.

Nagle ktoś złapał mnie za ramię. Krzyknęłam przerażona.

- Ciii - usłyszałam skrzeczący głos babci Darka. - Chodź za mną.

Zauważyłam, że mężczyźni, zaalarmowani moim krzykiem, biegiem ruszyli w moją stronę. Babcia chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Nic nie widziałam i nie miałam pojęcia, dokąd mnie prowadzi, czułam tylko jej zimną dłoń. Dziwiłam się, jak ona się orientuje w tych egipskich ciemnościach. Ale pomyślałam sobie, że skoro tu wyrosła, to pewnie zna każdy kamień, każdy krzaczek i dróżkę. Babcia nieraz opowiadała, że jako dziecko bawiła się w okolicznych zaroślach w chowanego. Szłam na oślep, czując tylko, jak gałęzie drapią mnie po policzkach i szarpią za włosy.

Nagle potknęłam się i upadłam, uderzając głową o coś twardego. Podniosłam twarz i zauważyłam znicz. Maleńki płomyczek, walcząc z wilgocią powietrza, podskakiwał niemrawo i oświetlał kamienną płytę nagrobka.

- Jesteśmy na cmentarzu?! - zawołałam głosem zduszonym ze zgrozy.

- Kto ma czyste sumienie, ten nie ma się czego bać - odparła babcia i pociągnęła mnie za rękaw.

Za kilka chwil babcia wyprowadziła mnie na ulicę. Ręką wskazała w stronę oświetlonego domu.

- Pośpiesz się. Darek na ciebie czeka - powiedziała.

Bez słowa protestu pobiegłam w stronę domu.
Darek z rozmachem otworzył drzwi.

- Hania! Hania, tak się o ciebie bałem!

Chciałam się do niego przytulić, ale on popatrzył na mnie uważniej i wykrzyknął przestraszony.

- Hania!!! Jak ty wyglądasz?! Co się stało? Mów! - wołał, potrząsając mnie za ramiona.

- Babcia - wykrztusiłam z siebie - dobrze, że babcia... gdyby nie babcia...

Oglądnęłam się przekonana, że starsza pani już jest na schodach, ale na klatce schodowej było cicho.

Darek popatrzył na mnie zbolałym wzrokiem.

- Haniu, babcia... babcia... - zaczął się jąkać.

- Dlaczego po mnie nie przyjechałeś? Ty wiesz, jak się bałam! Trzech zbirów szwendało się wokół sklepu - zawołałam.

- No bo właśnie babcia... Nie mogłem jej zostawić samej... Właśnie w tym momencie...

- Co babcia? - zniecierpliwiłam się. - Babcia pomogła mi przed tymi zbójami uciec przez cmentarz. Sama bym się nigdy nie odważyła. Przyprowadziła mnie aż pod dom. Ale sama...

- Haniu, co ty mówisz? - Darek zaniepokojony chwycił moją twarz w dłonie. - Babcia nie żyje. Umarła akurat, jak miałem wychodzić po ciebie.

- Ależ, Darek, co ty opowiadasz! Babcia wyszła po mnie...

- Aniu, ty masz gorączkę. O rany... Musisz się położyć.

Weszliśmy do pokoju. Zdrętwiałam.
Na swoim bujanym fotelu, zwróconym w stronę cmentarza, nieruchomo leżała babcia Darka.
Podeszłam bliżej. Wydawało mi się, że wszystko odgrywa się w zwolnionym tempie, powietrze nabrało jakiejś dziwnej, oleistej konsystencji, a ja stąpam po wacie. Potrząsnęłam głową. To przecież niemożliwe.

- Jak umierała, kilka razy wypowiedziała twoje imię - zdławiony głos Darka dotarł do mnie jak przez ścianę. - Może chciała się z tobą pożegnać... Może było jej żal, że traktowała cię tak szorstko...

Usłyszeliśmy kroki na klatce schodowej.

- To babcia – bąknęłam bez sensu.

- To pogotowie – poprawił mnie Darek łagodnie. - Dla babci za późno. Ale dla ciebie w porę, masz wysoką gorączkę.

Pomimo gorączki byłam na tyle przytomna, żeby niczego nie opowiadać lekarzowi. Kilka dni spędziłam w szpitalu, podejrzewano ciężkie zapalenie płuc. Wyszłam dopiero na babci pogrzeb.

Po pogrzebie zdradziłam Darkowi, co zdarzyło się tamtej nocy. Mój mąż przytulił mnie i głaszcząc mnie po włosach, powiedział ze zrozumieniem, że podczas wysokiej gorączki człowiek ma różne majaki. I że już nigdy nie pozwoli na to, abym pracowała.

Nie próbowałam go przekonywać, bo nie chciałam, aby sobie pomyślał, że zwariowałam. Gdy poszłam do pracy złożyć wymówienie, dziewczyny opowiedziały mi, że tamtej nocy, ktoś usiłował włamać się do sklepu. Wracając do domu, wstąpiłam na cmentarz i zapaliłam znicz na grobie babci.

- Dziękuję ci, babciu - szepnęłam, postałam chwilę i ruszyłam do wyjścia.

Wiedziałam, że przyjdę tutaj jeszcze nie raz. Już nie bałam się cmentarza. Człowiek z czystym sumieniem nie ma się czego bać.


Umbra Eight
_________________
Umbra Eight
Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2011-08-07, 15:32, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2011-08-07, 15:49   Są rzeczy na ziemi, o których nie śniło się filozofom...

Umbra, Twoje opowiadanie jest doskonałe. Powoduje, że musimy się zatrzymać w swojej codziennej gonitwie i pomyśleć, że czasem my też czujemy powiew czegoś niezwykłego koło nas....
 
 
Agnieszka 

Wiek: 38
Dołączyła: 29 Cze 2011
Posty: 32
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2011-08-11, 15:32   

Zgadzam się z Babą Jagą.
_________________
Agnieszka
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione