Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
STARY GRZYB
Autor Wiadomość
Krys 

Dołączyła: 05 Maj 2011
Posty: 170
Skąd: Austria, USA
Wysłany: 2011-08-07, 23:30   STARY GRZYB

Stary grzyb

Wyszła z budynku z poczty i przystanęła na chwilę, zastanawiając się, czy iść w stronę następnego przystanku autobusowego, czy raczej wrócić się na przystanek w pobliżu domu.
Kiedy nogi mają po osiemdziesiąt dwa lata, to już nie wszystko jedno, w którą stronę się idzie. Automatycznie wybiera się krótszą trasę. Z tym, że w tym przypadku droga do obydwóch przystanków była mniej więcej tej samej długości.
Pomyślała o córce, która zawsze głosi, że powinno się przeć naprzód. Łatwo powiedzieć, gdy się jeszcze nie ma sześćdziesiątki.
Jej pokolenie coraz bardziej woli cofać się i chodzić drogami znanymi i wypróbowanymi. A więc do tyłu?

Już chciała ruszyć w stronę domu, ale zawahała się ponownie.
Nie, nie pójdzie na tamten przystanek, bo mogłaby narazić się na spotkanie tego starego grzyba, który ciągle siedzi w oknie i pilnuje, kiedy i dokąd ona wychodzi. A czasami, jeśli w porę odzieje swoje żałosne, chude członki w marynarkę i wyjściowe spodnie, to jeszcze udaje mu się dogonić ją na przystanku. Pędzi w jej kierunku, kiwając się w obie strony, sapie jak lokomotywa, przy każdym oddechu gwiżdżąc i świszcząc przez nos, i już z daleka pieje, że o Jezu, co to za szczęśliwy przypadek, że szanowna pani Matyldzia też akurat dokądś jedzie. Potem obciera spocone czoło chustką, wielką jak prześcieradło, i łapiąc z trudem powietrze jak ryba wyrzucona na ląd, pyta, dokąd to jego łaskawa pani sąsiadka raczy jechać. A po otrzymaniu odpowiedzi pieje znowu, że cie choroba! ale on akurat też w tym samym kierunku. I później łazi za nią, przytrzymuje drzwi do sklepu, targa jej siatkę z zakupami.

Wielkie mi coś, taką siatkę mogłaby sobie sama ponieść, je teraz przecież tyle, co wróbelek, więc i zakupy są odpowiednio skromne. Zresztą te cięższe rzeczy wnuczka przywozi ze sklepu... No, ale potem idą do kawiarni na herbatkę, albo kawkę, rozmawiają, czytają gazetę, naśmiewają się z młodych.
To jest miłe. Z panem Józefem naprawdę można się pośmiać. A jak czas iść do domu, to pan Józef zawsze chce za nią zapłacić, ale ona nie pozwala. Nie ma wprawdzie za dużo pieniędzy, ale obawia się, że jak on zacznie płacić za jej herbatę, to w ten sposób wykupi sobie pewne prawa do niej i będzie na przykład przynosił jej skarpetki do prania.

Do tej pory go lubiła, chodziła nawet z nim na działkę, gdzie trzyma trzy króliczki. Ale teraz już nie chce. Doszła do wniosku, że jest dla niej za stary. Ma wprawdzie dopiero osiemdziesiąt pięć lat, ale zachowuje się, jakby był strasznie stary i nie posiadał już ani jednej komórki smakowej na języku. Bo gdyby posiadał chociaż jedną, to by nie gadał takich bzdur, że ciasto pani Matyldzi jest wyborne, a piernik Lodzi jeszcze wyborniejszy... Stary dureń!
Lodzia to jej siostra.

Nadała na poczcie kilka widokówek do krewnych, co zwykła była czynić regularnie kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. Życzyła wesołych świąt i zawiadamiała siostry oraz wszelkich siostrzeńców i siostrzenice, że czuje się znakomicie i że nie muszą się martwić. Najpierw pisze na wszystkich kartkach tę samą treść, później ogląda widoczki na odwrotnej stronie, dopasowując je do danej osoby; jednym podobała się katedra, innym zachód słońca nad Wisłą, albo Pałac Kultury.
Jak zwykle najmniej ładną kartkę dostanie najstarsza siostra, Lodzia. Dla niej wybrała widoczek z pomnikiem tego gołego faceta, co to stoi we Wrocławiu koło uniwersytetu.
Nagi mężczyzna na święta…

Chi-chi-chi, mocne” – zachichotała ze złośliwą satysfakcją.

Ale niech wie, co o niej myśli. To za ten piernik, którym chciała zbałamucić pana Józefa.
No i za to, że pięćdziesiąt lat temu podkochiwała się w jej mężu.
Wtedy Matyldzia o tym nie wiedziała, nawet na myśl by jej nie przyszło, że rodzona siostra, sama wtedy mężatka, z trojgiem dzieci, śmie robić piękne oczy do jej męża. Zwierzyła jej się z tego dopiero po śmierci szwagra, czterdzieści jeden lat temu. Niby uczucie było już przedawnione, ale mimo to Matydzia poczuła się dotknięta.
Zdawała sobie sprawę, że miłość jest jak kapryśna primadonna, przychodzi i odchodzi, kiedy jej się podoba, człowiek ani się przed nią nie obroni, ani jej nie zatrzyma siłą.
Jednak w niektórych przypadkach powinno się fakt istnienia tego uczucia zachować dla siebie.
Według niej wyznanie Lodzi było klasycznym nietaktem.

Ruszyła jednak na przystanek bliżej domu, zawsze to istniała większa możliwość spotkania kogoś z sąsiadów, z kim można by sobie urozmaicić czekanie na autobus kilkoma uwagami na temat pogody.

A pogoda była rzeczywiście piękna. Słońce na błękitnym, bezchmurnym niebie oblewało światłem wszystkich i wszystko, rozweselając swoim blaskiem stare, znajome kąty, jakby chciało pożegnać się z nimi przed okresem zimowym.

Już wczesnym rankiem udała się do ogrodu po wschodniej stronie domu, gdzie rosną potężne krzewy chryzantem, pupilki pani dozorczyni. Pewnego razu musiała jej przyrzec, że obetnie sobie z jej grządki tyle chryzantem, ile tylko będzie potrzebowała dla mamy na grób.
Tak więc zamierzała sprawdzić, jak czy kwiaty jeszcze żyją, czy też ścisnął je nocny przymrozek.
Mimo wczesnej pory bielizna pani dozorczyni trzepotała już na wietrze, i ten właśnie widok był tak pełen życia, że spontanicznie zdecydowała, iż zamiast w odwiedziny na cmentarz, pojedzie pospacerować nad Wisłą. Mama to zrozumie.

Kinga, córka pani dozorczyni, która znajduje się właśnie w bardzo problemowym wieku dojrzewania, pewnie się ucieszy, że dzisiaj nikt nie obciął ani jednego kwiatka.

Niedawno dziewczynka oburzona zawołała do matki:

- Jak możesz tak bez litości wyrzynać tę wspaniałe kwiaty?! Przecież rośliny też chcą żyć!
Pani dozorczyni ze zdziwienia wytrzeszczyła oczy na córkę.

- Ależ ja nie uśmiercam rośliny, obcinam jedynie kilka łodyżek, kwiat będzie żył nadal.

- Jak się kilku ludzi zabije, to też można twierdzić: "Ja przecież nie wymazuję całej ludzkości z globu, lecz likwiduję tylko kilku dwunogów" - odparła zbuntowana Kinga.

- To nie to samo. Każdy człowiek posiada duszę, świadomość... - próbowała tłumaczyć pani dozorczyni.

- Istnieje również świadomość kolektywna, do której należymy my wszyscy. A poza tym skąd wiesz, gdzie znajduje się świadomość chryzantemy? Może każdy kwiat tej roślinki ma własną duszę? - atakowała dalej dziewczynka.

Pani dozorczyni zakłopotana zamrugała oczami, po czym w swej bezradności zwróciła się do niej:

- A co pani o tym sądzi, pani Matyldo? Czy chryzantema ma jedną wspólną roślinną świadomość, czy też każda łodyga z kwiatem ma... eee... ma.... cha, cha, cha!

Kobieta nie wytrzymała i wybuchnęła gromkim śmiechem.

Matyldzia za nic na świecie nie chciała dokuczyć dorastającej Kindze, więc przyjęła poważną minę i odparła:

- O... ja... Zajęcie stanowiska w tej kwestii przekracza moje możliwości... - po czym rozglądnęła się, szukając pomocy i sposobu na wybrnięcie z chwilowego ambarasu.
Przy tej okazji zauważyła pana Józefa, który najwidoczniej miał zamiar przyłączyć do nich, ale gdy usłyszał, o czym jest mowa, uciekł do domu, przewracając oczami. Wtedy niestety i ona sama parsknęła śmiechem.
Kinga aż poczerwieniała ze złości.
Pani dozorczyni zmusiła się znowu do powagi i zapytała córkę:

- Dlaczego zawracasz sobie tym głowę? Dyskutujecie na te tematy w szkole?

- W szkole?! - Kinga z pogardą wydęła wargi. - Takie rzeczy dostaje się z mlekiem matki.

- Aha...

- Jak długo pani karmiła ją piersią? – zapytała Matyldzia, aby również powiedzieć coś poważnego.

Ale efekt był odwrotny, bo pani dozorczyni znowu ryknęła śmiechem.

Podeszła do przystanku właśnie w momencie, gdy podjechał autobus. Ale nie wsiadła.
Nie śpieszyło jej się przecież. A poza tym jak dłużej postoi na przystanku, to większa będzie możliwość, że spotka kogoś z sąsiadów. Oczywiście chodziło jej o dobrych sąsiadów, a nie o tego zgrzybiałego starucha!
Swoją drogą, dlaczego jeszcze nie wybiegł za nią? Czyżby nie zauważył, że wychodziła? No proszę, do zaniku zmysłów smakowych doszła jeszcze zupełna ślepota. Uwiąd starczy, co tu dużo mówić. Pan Józef ma przecież już osiemdziesiąt pięć lat.

Rozzłościła się na niego za tę jego ślepotę. Jeśli nie potrafił jej upilnować, stary dziadyga, to pojedzie sobie sama nad Wisłę!

Zacisnęła usta i wsiadła do następnego autobusu.

Lubiła spacerować wzdłuż rzeki. Przypominała sobie wtedy młode lata. To nad Wisłą poznała męża. Był jedynym mężczyzną w jej życiu. Powiedziała o tym kiedyś wnuczce, ale później żałowała, bo ta zaczęła się śmiać.

- Co?! Naprawdę? Nigdy nie miałaś innego, tylko dziadka? Moja biedna babciunia. Ty w ogóle nie znasz życia.

- Ależ ty też masz tylko jednego męża - próbowała tłumaczyć.

- Bo dwóch to już by była bigamia - śmiała się wnuczka - a bigamia jest karalna. Ale przedtem był przecież Boguś, Adam, Stefan i ten... ee... zaraz, jak on miał na imię?

Ich pierwsze spacery odbywały się właśnie nad Wisłą. I jego mieszkanie było nad Wisłą. Przypomniała sobie ich pierwszą noc, a raczej popołudnie w jego mieszkaniu.

Krzątał się w kuchni, przyrządzając herbatę, a ona, drżąc z emocji, wychyliła się z okna, udając, że obserwuje nisko wiszące chmury.
Prąd rzeki jakby spowolniał, woda przybrała ciemnoszarą barwę, przypominając leniwie wijące się cielsko przepotężnego węża. Drzewa, porastające brzegi Wisły znieruchomiały, nie drgnęła żadna gałązka, żaden listek, zamarł również wiosenny świergot ptaków.
Tak, to była wiosna. Przyroda zdawała się wstrzymywać oddech.
Nagle poczuła, że stoi obok niej.

- Widzisz te szaro-niebieskie chmury? - zapytała, wskazując na niebo. - Imponujące, prawda?... Ty wcale nie patrzysz!

- Odkryłem coś.

- Na mojej twarzy?

- Za twoim uchem. Dobrze, że włosy upięłaś wysoko.

- No więc co odkryłeś?

- Kleszcza!

- Pfuj! Proszę, wyciągnij go! - wzdrygnęła się, usiłując namacać pasożyta palcem.

- Co wyciągnąć? Przepraszam... oczywiście kleszcza. Zaraz... Przepraszam, Matyldo - stęknął - ale mam tak nieprzyzwoite skojarzenia... Powinienem skoczyć do zimnej wody.

- To przez tę pogodę... - wyjąkała pełna zrozumienia - wiesz, upał... duchota...

- Na litość boską, nie przybieraj takiego zmysłowego głosu!

- Tak ci się tylko wydaje... naprawdę... Proszę, przestańmy. Wyciągnij w końcu tego potwora...

- Och, nie mów tak… Jednak jestem obleśny. Chwileczkę, nie mogę, jak się tak trzęsiesz.

- To ty się trzęsiesz!

- Mam go! - Pokazał jej małego pajęczaka i zmiażdżył go między dwoma paznokciami.

Zagrzmiało, do pokoju wpadł zimny wiatr.

- Widziałaś tę błyskawicę?

- Efektowna. Tyle napięcia!

- Tak, przy takim napięciu... musi dojść do wyładowań...

Musnął ją czubkami palców po szyi.

- Mam jeszcze gdzieś kleszcza? - zapytała wyciągając szyję.

- Na karku nie. Mam ci obszukać piersi... ee, plecy? - Uniósł z tyłu jej bluzkę, nie czekając na przyzwolenie.

Nie miała siły zaprotestować. Tylko przełknęła nerwowo.

- Przecież zrobiło się mroczno... Nic już nie widać - wydusiła z siebie.

- Ale mogę je namacać... te kleszcze - odparł głosem niższym o parę tonów.

Usiadła na ławce, patrząc na płynącą wodę i uśmiechając się do swoich wspomnień.

Zaczęło się tak cudownie. I było tak cudownie. Aż do momentu „męskiego przekwitania“, jak wyraziła się później ich wnuczka.

Jej mąż nagle zbzikował, wydawało mu się, że życie przechodzi obok niego, i że jeżeli poderwie sobie młodą dziewczynę, to nie zestarzeje się nigdy.
Rzeczywiście poderwał sobie, nic w tym dziwnego, gdyż zawsze był wyjątkowo przystojny.
Matyldzia natychmiast przeboksowała rozwód. Ich czteropokojowe mieszkanie zamieniono na dwa jednopokojowe.
Nie chciała mieć z nim nic wspólnego, skończyły się wszelkie zażyłości, udawała, że się nigdy nie znali.
A jemu ów fatalny wybryk i tak nie pomógł, bo postarzał tak samo jak ona. A może jeszcze bardziej.
Głupi chłop.

Zostawiła swoje wspomnienia nad Wisłą i ruszyła do domu. Panią dozorczynię spotkała już na ulicy.

- Pani Matyldziu, Jezus Maria, nieszczęście! - wołała z daleka, wymachując rękami. - Pana Józefa zabrało pogotowie! Przyjechali na sygnale! Mówię pani, wynosili go na noszach...

Zapytała o adres szpitala, zadzwoniła do wnuczki opowiedzieć, co się stało i gdzie jest, i pośpieszyła do postoju taksówek.

- Tak, ten pan leży w tym pokoju - potwierdziła pielęgniarka na korytarzu. - Ale teraz nie pora na wizytę...

- Proszę pani, my jesteśmy starymi ludźmi - krzyknęła - więc nie mamy już czasu czekać na odpowiednią godzinę!

Pielęgniarka stropiła się nieco, ale nie chciała ustąpić zbyt łatwo, więc zapytała jeszcze dla formalności:

- A kim pani jest? Krewną?

- Oczywiście! Nawet więce! Jestem - zawahala się na sekundkę - jego żoną!

Wparowała na salę. Od razu poznała na łóżku przy oknie jego chudą, bladą twarz.
Zauważył ją i uśmiechnął się.

- Pani Matyldziu, pani płacze? Dlaczego? Nie wolno! Nie ma powodu! To tylko złamana noga. Proszę natychmiast obetrzeć...

- Ach, Józieńku, tak się przestraszyłam - przypadła do łóżka i położyła twarz na jego dłoni. - Tak okropnie się przestraszyłam... Nie miałabym po co żyć, gdyby... Ach, Józiu, mów mi na ty, niech znowu wszystko będzie dobrze!

- Dziadziu! - rozległ się od drzwi krzyk wuczki. - Co ty wyprawiasz! Dozorczyni mówiła, że biegłeś po schodach!

- Tak, moja maleńka, chciałem dogonić babcię - tłumaczył Józef, pozwalając obcałowywać się przez obie kobiety.

Po czym zwrócił się do wzruszony do Matyldzi:

- Matyldziu, naprawdę mogę ci znowu mówić na ty? Wybaczasz mi? Wszystko mi wybaczasz?

- Pewnie, ty stary głuptasie - wydusiła przez ściśnięte gardło. - Możemy połączyć nasze mieszkania... A nawet musimy, bo kto cię będzie pielęgnował?

- Matyldziu, tyle lat na to czekałem - szepnął Józef. - Teraz znowu zaczynam żyć... Panie doktorze, kiedy pan mnie w końcu wypuści do domu?!


Krystyna Czerny

Na Dzien Dziadka.JPG
Plik ściągnięto 162 raz(y) 884,52 KB

_________________
Krys
Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2011-08-11, 20:27, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione