Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Przesunięty przez: Baba Jaga
2011-12-19, 18:49
Tamtego września
Autor Wiadomość
Umbra Eight 

Dołączyła: 29 Lip 2011
Posty: 33
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-08-11, 23:30   Tamtego września

Tamtego września


- Ja jeszcze tylko skoczę do łazienki.

- Dobrze, ale nie na godzinę... – w głosie Tomka nie brzmiała irytacja, lecz jak zwykle wesoła nutka żartu. – Basiu, ja padam z głodu.

Zamykam za sobą drzwi, siadam na krawędzi wanny i obiema rękami pocieram skronie. Chcę jeszcze być przez chwilkę sama. Przed tą wielką rozmową, po której najprawdopodobniej runie mój świat.

Tomek wybrał drogą restaurację w Rockefeller Center, aby nastawić mnie do siebie łaskawie. W ciągu kilku lat naszego małżeństwa wiele razy prosiłam bezskutecznie, abyśmy poszli tam choćby na rocznicę ślubu. Lubię jeść na świeżym powietrzu, lubię tego złotego aniołka na tle fontanny, lubię wrześniową pogodę, gdy jeszcze jest ciepło, ale żar już nie leje się z nieba. Zawsze wyobrażałam sobie, jak ludzie wokół Lower Plaza będą patrzeć na mnie z góry, tak jak ja często z tęsknotą patrzyłam na innych w czasie moich spacerów po Manhattanie, i będą sobie myśleć, że pewnie należę do nowojorskiej creme de la creme, skoro jadam w takiej ekskluzywnej restauracji.

Zeszliśmy po stopniach.

- For two? Na dwie osoby? – zapytał kelner z uprzejmym uśmiechem i poprowadził nas między stolikami aż pod samą fontannę.

- No, ładnie tutaj, ładnie – Tomek skinął głową protekcjonalnie, rozglądając się demonstracyjnie.

Uśmiechnęłam się gorzko. Nie powiedziałam mu, że widziałam go tu z inną kobietą. Obawiałam się, że w razie otwartej konfrontacji zdecyduje, że skoro już i tak wszystko się wydało, to od razu może się do niej wyprowadzić.

Dwa gołębie podleciały do naszego stolika i trzepocząc skrzydłami, zatrzymały się na wysokości mojej twarzy. Dopraszały się pokarmu, rozpuszczone i odważne jak mewy nad Zatoką Meksykańską.
Widziałam tę scenę z mewami w telewizji. Sama jeszcze nie byłam na Florydzie, pomimo, że mieszkałam w USA już siedem lat. Tomek twierdził, że nie stać nas na takie wyprawy, bo płacimy zbyt wysoki czynsz za mieszkanie na Manhattanie. Ale kilka tygodni temu znalazłam u niego w kurtce rachunek z hotelu w Naples, nad Zatoką Meksykańską. Gdzie piasek jest podobno tak czysty i drobny jak mąka. A mewy nie boją się plażowiczów.

Sięgnęłam do koszyczka z pieczywem i rzuciłam w powietrze kilka kawałków bułki. Gołębie połapały kęski, zanim te zdążyły upaść na ziemię. Usiłowałam przymrużyć oczy, aby wyobrazić sobie, że karmię mewy na mącznej florydzkiej plaży, ale kulisy restauracji nie chciały zlać się w piasek i ocean. W całej ostrości widziałam fontannę, kelnera podającego nasze wino i wodę, i figlarny uśmiech na twarzy mojego męża, który na pewno pomyślał sobie, że tak się nie robi w restauracji wysokiej klasy i że fajnie, że Baśka ma to w nosie.

- Kochanie, pan pyta, czy już wybrałaś – usłyszałam.

Nie wybrałam, nie byłam głodna, było mi wszystko jedno, co będę jeść. Byłam smutna.
Wiedziałam, że po złożeniu tej ofiary w formie drogiej kolacji w Rockefeller Center, Tomek będzie oczekiwał od obdarowanej bogini, czyli ode mnie, rozgrzeszenia, wybaczenia i błogosławieństwa na dalszą swoją grzeszną drogę.
Ale ja nie byłam gotowa mu tego dać. Dlatego godząc się na ten wystawny dinner, czułam się, jakbym go okradała.
Nie chciałam zostać sama, nie, co to to nie. Kochałam Tomka, podziwiałam go i czułam się dumna, że jestem jego żoną. Ale to nic dziwnego. Ulec jego urokowi nie było trudno. Piękny mężczyzna, mądry, na niezłym stanowisku i w dodatku z mieszkaniem na Manhattanie, co w Nowym Jorku liczy się więcej niż najlepszy samochód. Tomek nie był zwykłym, powierzchownym mężczyzną. Wyemigrował do Ameryki sam, bez przyjaciół, bez rodziny, nauczył się języka od podstaw, kształcił się i pracował jednocześnie. Pomimo, że dzierżył już stanowisko menedżera farmaceutycznej firmy, zainteresował się mną, skromną sprzątaczką w World Trade Center. Zajrzał pod służbowy fartuszek i doszukał się niegłupiej pielęgniarki kieleckiego szpitala. Już po pierwszej wspólnej nocy zamiast do pracy, zawiózł mnie na intensywny kurs angielskiego. Po kilku tygodniach byliśmy małżeństwem. Bujałam w obłokach, w siódmym niebie i w raju jednocześnie. Przez wszystkie te lata. Żal było mi tylko, że rzadko bywał w domu.

- Taki zawód – tłumaczył, rozkładając ręce w geście bezradności.

Nawet do głowy mi wtedy nie przyszło, że wyjeżdżał co rusz z innymi kochankami.

- Ja tego potrzebuję... Proszę, ty musisz mnie zrozumieć. To nie ma nic wspólnego z tobą. Ciebie zawsze będę kochał jak pierwszego dnia, ty jesteś moją żoną... Basiu, ty w ogóle nie słuchasz!

Tomek pstryknął palcami przed moją twarzą.

- Przepraszam, ale zapatrzyłam się na tę statuę aniołka. Lubię ją...

- To Prometeusz, darling – poprawił mnie miękko – dzieło Paula Manshipa... Nie masz dzisiaj nastroju do rozmowy. Czy możemy wobec tego porozmawiać jutro wieczorem? Zamówię stolik w World Trade Center na górze... Pamiętasz? Zawsze chciałaś tam przyjść jako gość.

Uśmiechnęłam się. Czułam, że bardzo mu zależy, skoro próbował nawet takich chwytów.
Od kiedy przestałam pracować w jednym z dwóch tych największych gmachów World Trade Center jako sprzątaczka, Tomek starannie omijał to miejsce. Chyba obawiał się, że jeśli pójdziemy tam na obiad, padnę w objęcia moim byłym koleżankom po fachu. Nie mylił się. Wspominałam je z przyjemnością, a szczególnie moją szefową, panią Marysię z Bielska Białej, która powtarzała:

- Nie ważne, co robisz, tylko jak robisz. Jeżeli sprzątasz rzetelnie i z przekonaniem, to ludzie będą cię bardziej szanowali, niż gdybyś pobierała krew w szpitalu, ale byś się tego wstydziła.

To dzięki niej latałam ze szmatą podśpiewując. Kasjerki, strażnicy, eleganccy panowie i panie z informacji na parterze wołali do mnie z daleka:

- Hi, Barbara, how are you today, jak się dziś czujesz? Jak ciebie spotkam, to zawsze mam dobry dzień. Tak trzymaj!

- Bo dzisiaj jest dobry dzień – odkrzykiwałam, wymachując wiaderkiem – przecież dziś poniedziałek!

W zależności od dnia tygodnia wołałam „wtorek”, „środa” i tak dalej.

Poczułam, że jestem podekscytowana z radości.
Pójdę tam pierwszy raz, od kiedy złożyłam wymówienie. Ciekawe, kto z moich starych znajomych jeszcze tam pracuje.

Wieczorem niby nie poruszaliśmy już tego tematu, a jednak moje myśli krążyły wokół naszej rozmowy.

To nie prawda, że nie słuchałam go w Rockefeller Center. Tak jak przerażony żuczek udaje martwego, tak ja udawałam, że nic nie słyszę, nie rozumiem, nie mogę się skupić.
Tłumaczył, że tego potrzebuje, że to jego instynkt myśliwski, archaiczna spuścizna, on chce tylko zdobywać te kobiety, ale to nie zdrada, on kocha tylko mnie, każdej z nich mówi otwarcie, że kocha swoją Barbarę, muszę to zrozumieć i zostawić mu tę „malutką słabość”, zawsze to lepiej, niż gdyby brał narkotyki.

Leżeliśmy obok siebie pod jedną kołdrą, uważając, aby przypadkowo nie otrzeć się o siebie. Już ani jedno słowo nie padło między nami. Słyszałam, jak Tomek od czasu do czasu wzdychał ciężko, w końcu doszedł mnie jego głęboki, regularny oddech.
Niech ci sen przyniesie ulgę, Tomku, bo ja ulżyć ci nie mogę.

Na drugi dzień zadzwonił z biura z samego rana.

- Basiu, zapomniałem, że dziś jedenasty, mamy wieczorem meeting. Czy możemy się spotkać na górze w World Trade Center w porze lunchu? Albo nie, lepiej byłoby nawet teraz, może za pół godzinki, co? Zjemy razem śniadanie... Okay, to o wpół do dziewiątej na górze na tarasie...

Meeting, cha-cha-cha... Prychnęłam gorzko. Rudowłosy, ognisty meeting, albo blond z wielkim biustem...

Spojrzałam na zegarek. Do World Trade Center miałam kwadrans energicznego marszu, a była już ósma, czyli na makijaż i tak dalej zostaje mi też tylko kwadrans.
Do licha! Ze złością kopnęłam stołek.
Chciałam przecież spotkać moich starych przyjaciół, pokazać im, jaka to ze mnie lady, potrzebowałam co najmniej godziny, żeby zrobić się na bóstwo.
W porządku, mój kochany, jeżeli ci tak zależy, to poczekasz. Do tej pory ja ćwiczyłam się w roli czekającej.

Wyszukałam twarzową garderobę i zrobiłam staranny makijaż. Wklepując krem w twarz, zastanawiałam się, czy naprawdę chcę nadal prowadzić takie życie. Czy potrafię żyć ze świadomością, że mój mąż sypia z innymi, że pieści inne piersi, obsypuje inne ciała pocałunkami, krzyczy w rozkosznym uniesieniu innym do ucha, składając im tym samym hołd jako prawdziwym kobietom, zdolnym zadowolić mężczyznę?...
Stołek w przedpokoju oberwał następnego kopniaka!
Nie! Nie! Nie! Po stokroć nie!!!
Ale jak mam dalej żyć bez Tomka?

Wyszłam z domu z ponad półgodzinnym opóźnieniem. Szłam pogrążona w myślach, tak, że nie od razu zauważyłam, że coś jest inaczej. Dopiero koło Battery Park, gdy potrącona przez kogoś prawie upadłam, rozejrzałam się zaniepokojona.
Światło dzienne było dziwnie przyćmione, ludzie biegli, krzyczeli coś, pokazywali w kierunku, gdzie stały gigantyczne wieżowce World Trade Center. I… płakali.

Zadarłam głowę i zdębiałam.

Obydwa wieżowce paliły się przepotężnym płomieniem. Nad Manhattanem rozciągał się czarny, gęsty dym, powietrze było nasycone pyłem i kurzem.

- Co... co się stało? – wykrztusiłam, łapiąc za rękaw biegnącego mężczyznę.

- Dwa samoloty rozbiły się o World Trade Center... Tysiące ofiar... Ludzie z górnych pięter wyskakują z okien... – głos załamał mu się głębokim szlochem.

Puściłam się pędem pod prąd przerażonych ludzi, uciekających od załamujących się wieżowców.

- Tomek! Toooooomeeeeeeek! – zawyłam w myślach, a może głośno, pędząc na oślep.

Gdy odzyskałam przytomność, zobaczyłam wąski snop lekarskiej latarki, świecący mi prosto w źrenice.

- Słyszy mnie pani? Proszę skinąć głową, jeśli mnie pani słyszy!

- Tak, tak – wymamrotałam. – Co się stało?

- Może pani wstać? Jeśli tak, to proszę iść do domu, albo najlepiej do jakiejś kawiarni... Ja muszę do rannych!

- Ja ją zaprowadzę do domu, pani doktor – usłyszałam znajomy głos i poczułam, jak ktoś chwyta mnie pod pachy.

Pani Marysia!

- Chodź, ty bidulko, pomogę ci, nic tu po nas. Ludzie by cię stratowali... Nie rycz... I nic nie mów. Wiem. Sama wpuściłam twojego męża do windy dla personelu, żeby nie musiał płacić wstępu... Pojechał na taras. Nie masz, co go tam szukać... Tarasu już nie ma... Wszyscy zginęli... o Jezu, Jezu...

Nie wychodziłam z domu. Jak w transie oglądałam wiadomości. Na wszystkich kanałach telewizyjnych palił się World Trade Center, łamały się wspaniałe wieżowce, duma Nowego Jorku, duma Ameryki. Cały kraj płakał i nosił żałobę.

Oprawiłam obraz Tomka w ramki i przewiesiłam czarną aksamitką. Powiedziałam w myślach, że mu wybaczam, że rozumiem, że nie mógł inaczej. I że zawsze będę go kochać.

Po dwóch dniach koleżanka, która pracowała jako lekarka w jednym z nowojorskich szpitali, zadzwoniła z zapytaniem, czy nie zechciałabym od zaraz przyjąć posadę pielęgniarki. Wszędzie potrzebowano personelu.

Pracowałam po 16 godzin dziennie. Po trzech tygodniach, gdy wyczerpana wróciłam do domu...
- Ba... Basia – usłyszałam nagle z boku.

Przystanęłam jak wryta i odwróciłam głowę. Z wrażenia upuściłam torebkę.

Przede mną stał – Tomek. W całej okazałości. A nawet więcej, bo na jego ramieniu wisiała piękna brunetka. Patrzyliśmy na siebie niedowierzająco, jakbyśmy oboje ujrzeli ducha.

- Mówiłeś, że nie żyje – nadąsała się po angielsku brunetka.

- Tomek, przecież pani Marysia... – zaczęłam.

- Tak, tak, zaprowadziła mnie do windy, ale ponieważ byłem spóźniony i chciałem cię udobruchać, nie wysiadłem na górze, tylko zjechałem z powrotem na dół do kwiaciarni... A jak wracałem, gruchnęło... Byłem pewien, że tam czekałaś... Widziałem ogień... Przez dwa tygodnie leżałem z gorączką...

Popatrzyłam na niego pytająco.

- W apartamencie Jane... – wyjaśnił, wskazując na przewracającą oczami Amerykankę. –
Nie miałem odwagi przekroczyć progu naszego domu... Bałem się twojej nieobecności, widoku twoich rzeczy...

Wiem, jaki nasuwa się koniec. Klasyczny happy end – pogodzili się, on przestał ją zdradzać, ona mu wybaczyła, mieli dwoje, troje dzieci...
Ale muszę was rozczarować. Nic z tego. A raczej prawie nic, bo ja mu faktycznie wybaczyłam. Z tym, że już wiedziałam, że nie mogę z nim żyć i że dam radę żyć bez niego.
Praca w szpitalu zmieniła mnie i dodała mi sił.
Tomek pomógł mi znaleźć mniejszy apartament, także na Manhattanie.
Do naszego mieszkania wprowadziła się Jane, która teraz czeka tęsknie, gdy Tomek ma meeting u jakiejś seksownej blondyny.
Albo u mnie...

Umbra Eight

Rockefeller Center Prometheus.jpg
Plik ściągnięto 216 raz(y) 58,41 KB

_________________
Umbra Eight
Ostatnio zmieniony przez Umbra Eight 2011-08-11, 23:46, w całości zmieniany 4 razy  
 
 
Słonecznik 

Dołączyła: 19 Lip 2011
Posty: 17
Skąd: Wiedeń, Warszawa
Wysłany: 2011-11-25, 13:51   

life must go on :-)
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione