Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Kto jest bez winy?
Autor Wiadomość
Jan Oliver 

Wiek: 49
Dołączył: 23 Lip 2011
Posty: 18
Skąd: Warszawa - New York
Wysłany: 2011-08-27, 00:53   Kto jest bez winy?

Kto jest bez winy?

Pewnego dnia on i ja stajemy wreszcie twarzą w twarz… Ale kto z nas jest rzeczywiście winny? A kto jest bez winy?

Co to jest sprawiedliwość? Czy sprawiedliwość jest dla wszystkich jednakowa, czy też dla każdego z osobna różni się od przypadku do przypadku? Jak dzień i noc...

Przed ucieczką z mojego rodzinnego miasta byłem hydraulikiem, dobrze zarabiałem, pasjonowałem się dwoma rzeczami: jazdą na nartach i Zosią.
Przedtem nie uderzyłbym nawet psa.
Potem - zaciskając pięści, ziajałem żądzą zemsty.
Nikomu nie zrobiłem krzywdy, a mimo to uciekałem z Gniezna pod osłoną mroku, w hańbie i wstydzie. Wydawało mi się, że goni mnie rozpaczliwa nienawiść ukochanej kobiety. Niezasłużona nienawiść...
Jednak czy naprawdę nikogo nie skrzywdziłem? Kochaliśmy się z Zosią do szaleństwa, nie dostrzegając, że nasza ogromna miłość zniszczyła dwie dobre rodziny, że przetoczyła się jak walec drogowy po jej synu, mężu, mojej córeczce i żonie. Gdzie była wtedy ich sprawiedliwość?

Przez siedemnaście lat, gdy patrzyłem na niebo, pod którym nikt nie mówił w moim ojczystym języku, byłem pewien, że wiem, co to jest sprawiedliwość. Wierzyłem, że pewnego dnia dopnę, aby stało jej się zadość.
Ale gdy po latach stanąłem u celu, a moja domniemana sprawiedliwość była tuż, tuż, wystarczyłoby tylko wyciągnąć rękę - zwątpiłem.
Z bliska wszystko wydało mi się nie takie jednoznaczne.

- Czy wszyscy są? - zapytał kierownik wycieczki, usiłując wyciągnąć listę wycieczkowiczów ze swojej podróżnej torby.

Okazało się to niełatwą sprawą, gdyż porywisty wiatr alpejski atakował nas nawet pod dachem budy, gdzie schroniła się nasza grupa.

- Na pewno wszyscy, bo autokar odjechał pusty - odkrzyknął ktoś.

Nasz przewodnik zrezygnował z szukania listy i z ulgą wciągnął z powrotem rękawiczki.

- Czy nikt niczego nie zapomniał? - zapytał jeszcze dla porządku.

Odpowiedziały mu niewyraźne pomruki.
Pytanie było zbyteczne, odpowiedzi także, bo gdyby ktoś rzeczywiście zostawił bagaże albo narty w autokarze, to i tak nie dałoby się tego zmienić. Autokar odjechał, a my musieliśmy bezzwłocznie ruszyć kolejką linową na szczyt, bo pogoda zapowiadała śniegową burzę i każda zwłoka mogłaby całą grupę pozbawić urlopu. Już i tak Austriacy niechętnie zgodzili się uruchomić dla nas kolejkę.

- To zbyt niebezpieczne - kręcili głowami. - Föhn, proszę państwa, föhn to złośliwa małpa.

Föhn to sławny alpejski wiatr, ciepły i porywisty, który za każdym razem zbierał swoje tragiczne żniwo, powodując lawiny, wywołując u starszych ludzi zawały, torturując co wrażliwsze osoby migrenami...

Zosia także reagowała bólem głowy na föhn. Przyjeżdżaliśmy w austriackie Alpy co roku na narty. Zabieraliśmy ze sobą jej syna. Chłopaczek miał kilkanaście lat, a śmigał na deskach lepiej ode mnie i swojej matki. Wyglądał na całkiem miłe dziecko. Owszem, był zazdrosny o swoją matkę. Tłumaczyłem sobie wtedy, że to normalny objaw. W końcu byłem dla niego obcym człowiekiem. Ale czy zazdrość mogłaby być aż tak wszechmocna, że kazała trzynastolatkowi zrujnować mi życie? Dlaczego on mi to zrobił?
Zanim bezlitośnie wymierzę mu karę, zapytam go o to.

- Ale my mamy zerezerwowane i opłacone - tłumaczył Austriakom przewodnik. - Jeżeli nie dostaniemy się na górę przed burzą, będziemy musieli na dole czekać kilka dni.

- Na waszą odpowiedzialność - zgodzili się, patrząc na nas sceptycznie. - Polacy są zwariowani. Dla pieniędzy ryzykują życiem.

Austriacy nie mogli tego zrozumieć. Oni nie lubili ryzyka. U nich wszystko jest uporządkowane, każdy trzyma się przepisów. Jeśli siła wiatru przekracza przepisową granicę, wyłącza się kolejkę, maszeruje do domu i czeka aż do odwołania meteorologicznego alarmu.

Weszliśmy do środka, wagonik ruszył, kołysząc się niemiłosiernie. Ludzie pobledli.

- Szefem schroniska jest Polak - powiedział przewodnik, aby rozluźnic atmosferę. - Ucieszy się, jak nas zobaczy. Pewnie przez kilka dni cały dom będzie polski, bo kto by przy takiej pogodzie próbował dostać się na szczyt!

Moją matkę odkryłem już w autokarze, chciałem podejść, ale powstrzymała mnie gestem dłoni. Dopiero wtedy zauważyłem, że jest w towarzystwie młodej dziewczyny. Czyżby to Kasia? Dlaczego matka wzięła ją ze sobą? Przecież nie tak się umawialiśmy. Meliśmy dostać się na szczyt tylko we dwoje. Kasia mogłaby pokrzyżować mi plany.
Prawdę mówiąc, nie miałem żadnego konkretnego planu.

- Czy pani też na narty? - zapytał ktoś z grupy moją matkę, patrząc ze zdziwieniem na jej pomarszczoną twarz.

- Babcia porusza się na deskach lepiej niż w butach - odparła poważnie Kasia.

Uśmiechnąłem się pod wąsem, bo wiedziałem, że Kasia kłamie. Moja matka nigdy nie jeździła na nartach.
Matka zauważyła mój lekki uśmiech i odpowiedziała mi tym samym.
Poczułem znowu tę mocną więź, jaka zawsze nas łączyła i miałem ogromną ochotę podejść i przytulić ją mocno.

Szef schroniska wyszedł nam naprzeciw.

- Już się bałem, że nie zdążycie - zawołał, przekrzykując wycie wiatru. - Chodźcie, chodźcie, pomożemy wam z tym torbami. Rosołek już czeka.

Razem z dwoma pomocnikami sięgnął po bagaże niektórych kobiet.
Kasia potknęła się o czyjeś narty, leżące na śniegu i wpadła gospodarzowi w ramiona.

- Hopla! Proszę tylko nie łamać nóg... - przerwał na moment, patrząc z bliska w kasiną twarz. - Mam na imię Karol, a pani?

Pochylił się po jej bagaże i ruszył w stronę budynku. Popatrzyłem za nim. Był wysoki i barczysty. Wyglądał na silnego i zahartowanego, jak przystało na mężczyznę żyjącego wysoko w górach.
Kasia poszła za nim. Nikt nie zauważył, że matka i ja zostaliśmy w tyle.

- Michał! - zawołała matka wzruszona, gdy zamknąłem ją w ramionach.

- Mamo - wykrztusiłem z siebie - dziękuję ci, że jesteś, dziękuję ci, że załatwiłaś to, o co cię prosiłem, dziękuję ci za wszystko...

- Mój synu, tak bardzo za tobą tęskniłam. Zawsze wierzyłam w twoją niewinność.

- Wiem, mamo. Twoja wiara we mnie pozwoliła mi przetrwać. Nawet w końcu polubiłem naprawianie tych austriackich zlewozmywaków... - uśmiechnąłem się na moment, po czym znowu spoważniałem. - I myśl o tym, że kiedyś go dopadnę... Myślałem o nim co dzień, co noc, przez całe 17 lat.

- Synku, teraz jesteś już tutaj, teraz wszystko będzie dobrze.

- Dobrze, mamo? Dobrze? - żachnąłem się. - Nigdy już nie będzie dobrze, bo kto odda mi te 17 lat bez Zosi? Kto odda mi jej miłość? Nawet jak wszystko się wyjaśni, czy ona będzie w stanie pokochać mnie znowu? To nie tak łatwo, wszak przez kilkanaście lat wmawiała sobie, że jestem potworem i zboczeńcem...

Matka otrząsnęła się, jakby broniła się przed bolesnymi wspomnieniami.

- Nie masz żadnej przyjaciółki, synu? – zapytała, pociągając mnie w stronę schroniska.

- Mam, Sylvię, jest pielęgniarką. Ale zostawię ją, jeśli tylko Zosia da mi jakąś szansę... Dlaczego wzięłaś Kasię ze sobą?

- Tak długo mnie mordowała, że w końcu się zgodziłam, aby przyjechała ze mną. Opowiadałam ci przecież, że ona studiuje AWF i pasjonuje się narciarstwem... Myślałam, że się ucieszysz, Michałku. Że może będziesz chciał z nią chociaż porozmawiać.

Nabrałem powietrza w płuca, siląc się na cierpliwość.

- Mamo, nie mogę zacząć tam, gdzie skończyłem, gdy miała 3 latka – powiedziałem. - Jestem dla niej teraz obcym człowiekiem...

- Jej matka powiedziała jej, że zginąłeś w wypadku samolotowym. I że bardzo ją kochałeś. Tak było lepiej, Michałku. Kasia była za mała, aby zrozumieć. To, że jej tatuś jest pedofilem, byłoby dla niej tylko niepotrzebnym obciążeniem. Teraz możesz jej wszystko wyjaśnić.

- Poczekaj, nic jej jeszcze nie mów. Chcę najpierw doprowadzić do konfrontacji. Dopiero wtedy, gdy on wszystko odwoła...

- Babciu! Gdzie jesteś? - usłyszeliśmy głos Kasi.

- Tutaj, dziecko - odkrzyknęła matka. - Ten pan pomaga mi przy bagażach.

Wchodząc do schroniska, przeczyściłem moje ciemne okulary i włożyłem je z powrotem na nos. Wprawdzie miałem teraz bujną brodę, która zmieniała mnie nie do poznania, ale okulary zapewniały mi dodatkową anonimowość.
Sam chciałem wyznaczyć moment otwartej konfrontacji.

Burza śniegowa rozszalała się na dobre. Od kilku dni siedzieliśmy zamknięci w schronisku. Karol ostrzegał, aby nie wychodzić, bo jak ktoś zabłądzi, to ekipa ratunkowa, nawet gdyby wyruszyła, to i tak nikogo nie odnajdzie. Przy takiej zamieci nie wystartuje żaden helikopter. Byliśmy praktycznie odcięci od świata i zdani na własne towarzystwo.
Karol urozmaicał gościom czas, jak mógł, troskliwie zajmował się turystami, a zwłaszcza Kasią.
Widać było, że mojej córce bardzo się to podobało. Gdy do niej podchodził, na jej policzkach pojawiały się rumieńce, a jej oczy płonęły świetlistym blaskiem. Chętnie z nim rozmawiała, flirtowała, a gdy odchodził, odprowadzała go wzrokiem.
Matka i ja coraz częściej zasiadaliśmy wspólnie przed kominkiem, przynosiłem jej gorącej herbaty, a ona godzinami opowiadała mi o naszej rodzinie.

Po tygodniu pogoda poprawiła się. Ludzie wylegli na dwór. Stoki gór przystroiły się kolorowymi kombinezonami narciarzy.
Patrzyłem na najładniejszą parę, Kasię i Karola. Stali tak pewnie na deskach, jakby przyszli na świat w nartach, a gdy z wdziękiem zjeżdżali ze stoku, poruszali się wprost synchronicznie.

Matka podeszła do mnie i z troską obserwowała moją pochmurną twarz.

- Jak możesz na to pozwolić, mamo? - burknąłem.

- Synku, ona ma dwadzieścia lat - odparła mama łagodnie. - Ja nie mam nic do gadania.

- Nie chcę, aby angażowała się uczuciowo...

- Nie martw się, Michał. Za kilka dni wyjedziemy, to go zapomni - uspokajała mnie.

Wiedziałem, że sama nie wierzy w to, co mówi.
Kasia wyglądała na najprościej w świecie zakochaną. Poczułem narastającą w sobie wściekłość.

Wieczorem potajemnie przekroczyłem skrzydło budynku, w którym mieściło się mieszkanie Karola.
Drzwi były nie zamknięte. Wszedłem do jednego z pokojów. Sypialnia. Jeden rzut oka przekonał mnie, że w tym mieszkaniu nigdy nie było kobiety.
Otworzyłem drzwi do następnego pokoju. Stołowy. Nad kominkiem stała obramowana fotografia Zosi.
Wziąłem ją do ręki i palcami przesunąłem po zdjęciu. Serce mi się ścisnęło żalem. Zosiu, ileż bym dał, abyś mi wtedy uwierzyła. Oddałbym drugie 17 lat mojego życia, abyś mnie wciąż kochała.

- Co pan tu robi? - usłyszałem od progu stanowczy męski głos. - To mieszkanie prywatne. Kwatery dla gości znajdują się...

Zdjąłem okulary przeciwsłoneczne i odwróciłem się do Karola. Pokazałem mu fotografię Zosi.

- To zdjęcie robiłem ja - powiedziałem. - Wiedziałeś o tym?

Karol drgnął gwałtownie, jakby otrzymał cios w żołądek. Jego twarz wykrzywiła się boleśnie. Poznał mnie.

- Niech pan opuści moje mieszkanie! - wychrypiał, udając zimnego, opanowanego faceta.

Ale ja widziałem, jak drżał. Drżał mu głos i drżało całe jego ciało. Bał się.

Bał się mnie. Mojej żądzy zemsty. Moich siedemnastu lat, z których wykradł mi Zosię. Bał się rachunku, który mu teraz wystawię. Wiedział, że kiedyś przyjdzie mu zapłacić. Dlatego też zaszył się „na końcu świata“.

- Dlaczego nagle na pan, Karolu? - zapytałem drwiąco. - Ostatnio mówiłeś mi na ty. Zapomniałeś?

- Czego chcesz, Michał? - wykrztusił Karol.

- Drobnostki. Siedemnastu lat z twoją matką, tylko siedemnastu lat mojego życia, bez hańby i bez nienawiści.

Karol otarł czoło dłonią spocone ze zdenerwowania.

- Postanowiłem, że zanim cię ukarzę, zapytam, dlaczego to zrobiłeś?

Przełknął nerwowo.

- Dlaczego zrujnowałeś moje życie? - zapytałem znowu.

- A ty co zrobiłeś?! - wykrzyknął nagle zrozpaczonym głosem. - Wtargnąłeś w moje życie, rozbiłeś naszą rodzinę! A było nam tak dobrze... Dla ciebie mama opuściła ojca, który ją kochał...

- Ja ją też kochałem! – przerwałem mu ze złością. - A twoja matka kochała mnie!

- A ja?! Co ze mną?! Mnie nikt nie pytał o zdanie! Ja kochałem moich rodziców i mój rodzinny dom, a nie ciebie. Chciałeś zniszczyć moje dobre dzieciństwo, moją rodzinę. Miałem mieszkać pod twoim dachem, chociaż tak cię nienawidziłem... Tak, nienawidziłem cię z całego serca! Życzyłem ci śmierci… Żałowałem, że mogłem uśmiercić cię tylko symbolicznie… I że wtrąciłem matkę w rozpacz. To tak cholernie niesprawiedliwe!

Zamachnąłem się i trzasnąłem go w szczękę.

Otarł krew cieknącą z nosa i... stał dalej. Nie uciekał, nie cofnął się nawet o krok, nie próbował oddać, nie wzywał pomocy. Aż zdziwiłem się, że się nie bronił. Był przecież muskularnym mężczyzną w kwiecie wieku, był wyższy ode mnie i szerszy w barach, miał trzydzieści lat. Ja miałem już pięćdziesiąt dwa.

- Ty mówisz o sprawiedliwości?! - syknąłem. - A gdzie moja sprawiedliwość? Miałeś wtedy trzynaście lat, kłamałeś z premedytacją. Dlaczego?

- Po co pytasz, jak wiesz? Chciałem, żeby matka wróciła do ojca i tak się stało. Każde dziecko pragnie przecież zgodnej rodziny. Nie wiedziałem, nie zastawiałem się, jak bardzo ci szkodzę.

- A później? Przecież jak podrosłeś, zrozumiałeś więcej, mogłeś sprostować...

- Później zakazałem sobie o tym myśleć. Wyrzuciłem to z pamięci. Uciekłem z Polski, żebyś mnie nie znalazł... Przepraszam...

Podszedłem do niego.

- Zmuszę cię, żebyś wrócił do kraju i wszystko sprostował. Przed Zosią, przed twoim ojcem, przed moją żoną i córką, przed całym Gnieznem, przed każdym, który obawiał się wezwać takiego hydraulika i przed tymi wszystkimi, którzy pokazywali na mnie palcem – powiedziałem zimno.

- Michał, przestań, zostaw mnie w spokoju - jęknął Karol.

Przysiadł na brzegu fotela i ukrył twarz w dłoniach.

- Chcesz zadośćuczynienia... – odezwał się po chwili. – Ty osiągniesz satysfakcję, a my co? Mama pewnie się załamie, znienawidzi mnie, a może też ojca... Znowu zniszczysz rodzinę.

- Nie wiem jeszcze, co z tobą zrobię - przerwałem mu - ale jedno zapamiętaj sobie: Precz z łapami od Kasi! To moja córka.

Karol popatrzył na mnie szeroko rozwartymi oczami.

Wyszedłem.

W następnych dniach nie pokazywał się nikomu na oczy.
Kasia chodziła niespokojnie z kąta w kąt. Nie chciała nawet zjeżdżać na nartach.
Po dwóch dniach moja matka podeszła do mnie i powiedziała:

- Kasia rozpacza, że aż mi się serce kraje. Karol wsunął pod drzwiami do naszego pokoju list, w którym przeprasza, ale niestety nie chce kontynuować znajomości i tak dalej. Czy to twoja sprawka?

- Oczywiście. Diabli mnie brali, gdy widziałem ich razem - odpowiedziałem.

- Rozumiem, Michałku, rozumiem... Pewnie tak samo czuł się wtedy Karol, gdy widział cię ze swoją mamą.

Popatrzyłem na matkę zaskoczony.

- Co mówisz? - wyszeptałem.

Ale ona nie odpowiedziała, tylko smutnym wzrokiem patrzyła przez szybę na panoramę zaśnieżonych Alp.

Cały następny dzień nie wychodziłem z pokoju, zastanawiając się, co począć. Do tej pory wszystko wydawało mi się jasne i proste. Nawet ironia losu, że Karol, usiłując schować się przede mną, zamieszkał niechcący blisko mnie, zdawała się żądać mojej rehabilitacji.
Nagle wszystko się jakoś skomplikowało.

Kiedy w końcu przyszedłem coś zjeść, zauważyłem przy sąsiednim stoliku matkę z Kasią. Moja córka miała grobową minę i cienie pod oczami. Nieruchomy wzrok wlepiła w okno, reagując tylko w chwilach, gdy skrzypiały otwierane drzwi. Wtedy Kasia prawie podskakiwała na krześle, z nadzieją odwracając twarz w stronę wchodzących.

Gdy matka podeszła do bufetu po herbatę, zapytałem, czy Kasia już się lepiej czuje.

- Nie. Obawiam się, że ona go kocha - odszepnęła mama.

- A on? Widziałaś go?

- Nie... Ale patrz! Właśnie przyszedł.

Karol zdecydowanym krokiem wparował do pomieszczenia.

Obrzucił obecnych wzrokiem, po czym podszedł do Kasi i pocałował ją w rękę.

- Zaraz do ciebie przyjdę, Kasiu. Muszę tylko najpierw coś wyjaśnić - powiedział stanowczym głosem.

- Michał, chcę z tobą porozmawiać - zwrócił się do mnie, odważnie patrząc mi w oczy. - Wyjdziesz ze mną na chwilę?

Odstawiłem swój kubek z herbatą i wyszedłem za nim na pusty korytarz.

- W porządku, pojadę z tobą do Polski - oznajmił. - Powiem całą prawdę. Nie wiem, jak mama zareaguje, co powie ojciec, sąsiedzi... Przyznaję, że się cholernie boję. Ale z Kasi nie zrezygnuję, do tego mnie nie zmusisz. Jako jej ojcu należy ci się tylko zapewnienie, że nie chcę jej skrzywdzić. Ja ją kocham.

Po tych słowach Karol odwrócił się na pięcie i wszedł z powrotem na salę.

Stałem przed domem i patrzyłem na krajobraz. Pogoda była piękna. Słońce oświetlało śnieżne pokrywy gór, kryształki śniegu odpowiadały złocistym blaskiem. Na zboczach roiło się od narciarzy. Najpiękniejszą parę znowu stanowili Kasia i Karol.

- Jak to? - usłyszałem zaskoczony głos mamy. - Wyjeżdżasz?

Kiwnąłem głową w odpowiedzi.

- A twoja sprawa? Przecież chciałeś zabrać Karola ze sobą i...

- Daj spokój, mamo. Co się stało, to się nie odstanie. Tylko bym znowu rozbił kochającą się rodzinę. I tak mi nikt nie odda tych lat. Zresztą Sylvia ma urodziny, muszę wracać... Napiszę do ciebie. Przyjedziesz do nas na wiosnę, dobrze?

- A Kasia? Może chociaż jej powiesz...

Popatrzyłem, jak moja córka szła ramię w ramię z Karolem i śmiała się z czegoś serdecznie.
Wbrew sobie pomyślałem, że Karol nie jest złym człowiekiem.

- To on jej kiedyś wszystko powie - odpowiedziałem i zszedłem ze schodów werandy. - Jak będzie chciała, to nawiąże ze mną kontakt.

- Michałku - krzyknęła mama, zbiegając za mną.

- Mamuniu - zawołałem, przedrzeźniając jej pełen troski głos.

Matka żachnęła się, trzepnęła mi rękawiczką przez głowę i popchnęła mnie w stronę podjeżdżającej kolejki linowej.

Jan Oliver
_________________
Jan Oliver
Ostatnio zmieniony przez Jan Oliver 2011-08-27, 01:03, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione