Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Przesunięty przez: Baba Jaga
2012-02-24, 11:47
Na Boże Narodzenie - Święta Noc w St. Veit
Autor Wiadomość
Krys 

Dołączyła: 05 Maj 2011
Posty: 170
Skąd: Austria, USA
Wysłany: 2011-11-29, 01:44   Na Boże Narodzenie - Święta Noc w St. Veit

Święta Noc w St. Veit

Miasteczko St. Veit an der Glan kojarzy się Austriakom z książętami Karyntii, których było siedzibą w późnym średniowieczu. Polakom, mieszkającym w Austrii, St. Veit od razu przywodzi na myśl wielki pensjonat, prowadzony przez rodzinę Hofbauer, urządzony tam dla politycznych uchodźców polskich po objęciu w Polsce rządów przez generała Jaruzelskiego. Z czasem Polacy się porozjeżdżali, niektórzy wywędrowali za ocean, inni wrócili do nowej Polski. W latach dziewięćdziesiątych, gdy rozgorzała wojna w Jugosławii, tym razem prześladowani Bośniacy otrzymywali schronienie w pensjonacie Hofbauerów.

W St. Veit an der Glan znalazłam się na zaproszenie siostry, która mieszka w Karyntii już od kilkunastu lat. Wyszła za mąż na Karyntyjczyka, Huberta Meyera, bardzo poważnego Austriaka, zatrudnionego w Urzędzie Stanu Cywilnego. Pomimo naszej przynależności do tej samej rodziny i długoletniej znajomości, Hubert jest dla mnie panem Meyerem, a ja dla niego tą Fräulein, czyli panną. Hania twierdzi, że jej małżonek jest skrzywiony zawodowo i dzieli ludzi nie na dobrych i złych, lecz na wolnych i żonatych względnie mężatki.
Państwo Meyerowie mieszkają w rodzinnej willi pana Meyera, która stoi na peryferiach miasteczka, naprzeciw pensjonatu Hofbauerów.
Na piętrze znajdują się pokoje dzieci i sypialnia rodziców, a na parterze pokój stołowy i pokój matki pana Meyera.
Starsza pani Meyer to arcykonserwatywna osoba, z rozrzewnieniem wspominająca trzecią rzeszę i wodza z wąsem, który jeszcze dzisiaj pojawia się naszym rodzicom w koszmarach. W pokoju starszej pani Meyer wisi duży obraz, pokazujący ją jako młodą kobietę, w eleganckim mundurze, ze wzniesioną do góry prawicą, zastygłą w jednoznacznym pozdrowieniu, a z boku powiewająca flaga ze swastyką.
Można by się dziwić się, że to nie przeszkadza mojej siostrze, ale ona zawsze była osobą pogodną i tolerancyjną, dostrzegającą w ludziach same dobre strony. Raz tylko przejawiła niecodzienną energię, gdy jej teściowa wybierała się na spotkanie kombatantów drugiej wojny światowej, co roku odbywające się na górze Ulrichsberg. Meyerowie byli świeżo po ślubie i jeszcze wtedy nie mieli dzieci.

- Jeżeli mama tam pójdzie - rzekła spokojnie Hania do teściowej - to ja od razu pakuję walizkę i odjeżdżam następnym pociągiem.

Pan Meyer strasznie się zdenerwował i ze złości chciał trzasnąć o podłogę mamusi nazistowskim obrazem, ale nie było potrzeby, gdyż starsza pani Meyer już wtedy darzyła Hanię sympatią, więc mamrocząc coś pod jej adresem, zdjęła swój ludowy strój i została w domu. Obraz ze starszą panią Meyer za młodu i powiewającą swastyką poszedł z powrotem na ścianę, przy czym teściowa mocnym głosem zapowiedziała, aby nikt nigdy nie ważył się dotykać tego obrazu, chyba że po jej trupie. Od tej pory teściowa już nigdy nie próbowała wymykać się na Ulrichsberg, a Hania, porządkując od czasu do czasu jej pokój, ów obraz zręcznie omijała wzrokiem.

Gdy Hania zadzwoniła do mnie i zaprosiła mnie do St. Veit na święta Bożego Narodzenia, niewiele się zastanawiając, wzięłam urlop i ruszyłam do Karyntii. Już w Styrii zauważyłam, że śnieg sypie coraz gęściej, a jak tylko wyjechałam z tunelu, łączącego Styrię z Karyntią, zjechałam na parking i przy pomocy dwóch życzliwych kierowców ciężarówek założyłam łańcuchy na opony.

Powitanie było jak zwykle entuzjastyczne, to znaczy entuzjazmem tryskała Hania i jej dzieci, siedemnastoletnia panna Susanne i siedmioletni Tomuś. Pan Meyer zaś specjalne dla mnie odłożył gazetę, wstał z fotela i powiedział:

- Witamy, witamy, Fräulein. Proszę się rozpłaszczyć. Pani pozwoli, że powieszę jej okrycie na wieszaku.

Babcia Meyer zakomunikowała, że przygotowała pierogi na moje powitanie. Wiedziała, że uwielbiam jej pierogi, i robiła je, ilekroć miałam zawitać w ich progi, mimo że zawsze sprzeczałyśmy się o nazwę owej strawki i jej pochodzenie. Starsza pani twierdziła, że to są pierogi karynckie i pochodzą naturalnie z Karyntii, a ja twierdziłam, że to pierogi ruskie, ale robi się je w Polsce.
Przy okazji babcia Meyer zwabiła mnie pod jakimś pretekstem do swojego pokoju i pokazując palcem na ów fatalny obraz, rzekła ze złośliwym błyskiem w oczach:

- Odkurzyłam go specjalnie dla ciebie.

Ponieważ podobną scenę przeżywałam niemalże przy każdych odwiedzinach u siostry, odparłam uprzejmie, że jestem wzruszona.
Susanna zakomunikowała mi wspaniałomyślnie, że odstępuje mi swój pokój na piętrze, a sama będzie spała na dostawianym łóżku w pokoju babci na dole, Tomuś opowiedział mi historyjkę o św. Marii i Józefie, którą ostatnio czytała im pani na lekcji religii.
Tradycji i grzecznościom stało się zadość, więc w końcu w spokoju mogłyśmy z Hanią oddać się wspomnieniom i ploteczkom.

W dzień wigilijny Hania nikogo nie wpuszczała do kuchni, pan Meyer odgarniał przed domem śnieg, ja spacerowałam z odkurzaczem po dywanach, babcia ze szmatką od kurzów, a dzieci ubierały choinkę. Potem pan Meyer przyszedł do domu, a ja z Tomusiem wyszłam do ogrodu, gdzie postanowiliśmy postawić bałwana wszechczasów. Przyglądająca nam się przez okno Susanna nabrała ochoty na świeże powietrze, tak więc we trójkę wzięliśmy się do lepienia. Bałwan jakoś nam nie wychodził, łamał się wpół, trzeba było dokładać śniegu, tak że w końcu stracił talię i wyglądał, jakby kroczył w powiewających szatach sprzed naszej ery. Tomuś, jeszcze pod wrażeniem ostatniej lekcji religii, dopatrzył się w postaci Marii z dzieciątkiem. Susanna skrzywiła się, gdyż akurat przerabiała Darwina i wszelkie religijne akcenty były jej nie w smak, ale przekonaliśmy ją, że Maria z Juzuskiem pasują na dzień wigilijny. W końcu Susanna ulepiła nawet drugą postać, przedstawiającą świętego Józefa, prowadzącego Marię. Dolepiliśmy Marii zawiniątko w ramionach, i to miał być naturalnie mały Jezusek. Tomuś przebąkiwał, że brakuje jeszcze osiołka, ale na to nie dałam się namówić. Wróciliśmy do domu przemoczeni, ale szczęśliwi i dumni z pracy. Hania nawet na chwilę wyszła z kuchni, aby podejść do okna w pokoju, przed którym pompatycznie wznosiła się nasza rzeźba, i aż krzyknęła z zachwytu. Także pan Meyer, zerkając z nad gazety, pochwalił nasze arcydzieło. Babcia Meyer przez dłuższą chwilę w milczeniu wpatrywała się w śniegowe postacie. Już zaczęłam się obawiać, że starsza pani zastanawia się, czy by czasem potajemnie nie dolepić naszej Świętej Rodzinie swastyk na ramionach, ale gdy spojrzałam w jej twarz, zauważyłam, że nie było w niej złośliwości, lecz rozrzewnienie.

A śnieg sypał i sypał.

Babcia stanęła przed świątecznie nakrytym stole.

- Dwa, trzy, pięć, sześć - policzyła półgłosem, po czym wrzasnęła - A gdzie siódme nakrycie?!

- Ależ, Mutti, zawsze było sześć - zaprotestowała Hania z kuchni.

- Bo byliśmy w piątkę, ale teraz jest nas sześcioro, więc nakryć musi być siedem! Zapomniałaś? Nakrycie dla niespodziewanego gościa. Stary austriacki zwyczaj.

Rozkaszlałam się, aby stłumić śmiech i protest cisnący mi się na język. Niech jej tam będzie, nie będę dyskusjami psuć wigilijnego nastroju. Pewnie tak samo pomyślała Hania, bo nic nie powiedziała, tylko puściła do mnie oczko.

- To tradycja, nakrycie dla niespodziewanego gościa - mamrotała dalej babcia.

- Jakiego tam gościa? - zawołała Susanna, patrząc przez okno. - Przy takiej pogodzie? Jak tak dalej będzie sypać, to nam zasypie Marię i Józefa.

- O kurcze! Prawdziwa burza śniegowa! - krzyknął Tomuś w zachwycie, wychylając się przez okno i próbując schwycić gęsto lecące płatki śniegu. - Popatrz, Susanne, jak takim płatkiem dostaniesz w czapę, to ci rozbije łeb.

- Tommi, proszę, zamknij okno - powiedział pan Meyer tonem nie znoszącym sprzeciwu, po czym zwrócił się do żony: - Moja droga, jeżeli dla twojej teściowej dodatkowe nakrycie jest potrzebne do nastroju świątecznego, to proszę, bądź tak dobra i zrób jej tę przyjemność. W końcu dzisiaj jest święto zgody i miłości do bliźniego.

- To taka tradycja - powtórzyła starsza pani.

- Tommi, powiedziałem, zamknij okno!

- Ale tam są ludzie. Wyglądają jak bałwany.

- Sam ich ulepiłeś.

- Ale ja mam na myśli na ulicy - tłumaczył chłopczyk.

- Rzeczywiście - przytaknęła Susanna, podchodząc znowu do okna. - Dzwonią do Hofbauerów.

- Hofbauerowie wyjechali na urlop na Wyspy Karaibskie - odparł pan Meyer.

- To pewnie Bośniacy. Ale że też odważyli się na podróż przy takiej pogodzie - zdziwiła się Susanna.

- To nie mogą być Bośniacy, bo wszyscy uchodźcy albo wrócili do kraju, albo stanęli na własnych nogach i mieszkają we własnych mieszkaniach.

- Ale się nacięli! - roześmiał się Tomuś i zamknął okno. - Brr, ale zimno.

- Usiedli na walizkach - powiedziała Susanna, patrząc przez szybę na drugą stronę ulicy.

- Na walizkach? - Hania stanęła w drzwiach, dzierżąc w rękach dodatkowe nakrycie. - Jak mają walizki, to przyjechali pewnie z daleka. No, proszę, siódmy talerz dla niespodziewanego gościa. Czy mama teraz zadowolona?

- Tu jest nakrycie, a tam na śniegu czeka już niespodziewany gość, babciu - zawołał Tomuś.

- Zwariowałeś?! - ofuknęła go siostra. - To są obcy faceci. Jeszcze nas napadną.

- A po czym poznaje się niespodziewanego gościa na wigilię?

- To jest mężczyzna i kobieta - stwierdziała Hania, rzucając wzrokiem przez okno po drodze do kuchni. - No, kochani, możecie już siadać, zaraz przyniosę bigos.

- Ci na dworze też już usiedli, ale na walizkach. Chi-chi-chi.

Pan Meyer podszedł do okna.
- Ta kobieta wygląda na zmęczoną. Ale może mi się tak tylko wydaje. Źle widać. Zasłania ich wasza Święta Rodzina. No i robi się ciemno.

- To pewnie Bośniacy - wtrąciłam.

- Po co podróżują przy takiej pogodzie? Sami sobie winni.

- Proszę do stołu - zawołała Hania, wnosząc parujące miski.

- A może powinniśmy ich zaprosić do domu? - zastanawiała się Susanna.

- To przecież cudzoziemcy! - oburzyła się babcia.

- Czy cudzoziemcy są gorsi od nas? - zapytał Tomuś.

- Bzdura! - zdenerwował się pan Meyer. - Wszyscy ludzie są jednakowo dobrzy i jednakowo źli. Nawet jeżeli niektórym wpojono w młodości coś innego - dodał, zerkając na swoją matkę. - A teraz już dosyć na ten temat. Świętujmy Boże Narodzenie, radujmy się, podziękujmy Bogu na wszystko i pomódlmy się o pokój i szczęście dla wszystkich ludzi dobrej woli... Do licha! Kto śmie przeszkadzać nam w takiej chwili?

Ktoś dzwonił do drzwi. Hania pobiegła otworzyć.

- Ludzie są bezczelni - pokręciła głową babcia. - Dla nich nie ma nic świętego. Jak można przeszkadzać komuś w czasie Wigilii!

Hania wróciła do pokoju.

- Ten gość poprosił o pozwolenia zadzwonienia po pogotowie - wyjaśniła. - Jego żona dostała bóli porodowych.

- Jak na lekcji religii... - zaczął Tomuś.

- Czy on mówi po niemiecku?

- Chyba tak, trochę.

Pan Meyer wstał i zdecydowanym krokiem wyszedł do przedpokoju.

Susanna podeszła do okna. - Tą kobietę mało co widać, ściemniło się, a do tego ta śnieżyca.
I rzeczywiście zasłania ich święta Maria i Józef. Może jednak powinniśmy poprosić ich do środka.

- Coś ty! Zamoczą nam cały dywan - zaprotestowała babcia.

- Szkoda, że nie mamy stajni - westchnął Tomuś. - Ale moglibyśmy otworzyć im w ogrodzie szopę na narzędzia.

- To pokradną narzędzia - oburzyła się babcia.

- Ach, przestańcie! - zezłościła się Hania. - Dzisiaj nikt nie rodzi dzieci w szopie ani w stajni. Nawet 24-go grudnia. Zresztą karetka zaraz przyjedzie...

- Nie wydaje mi się - przerwał jej pan Meyer, stając w drzwiach. Miał zafrasowaną minę. - Na pogotowiu powiedzieli, że wszystkie karetki utknęły gdzieś w zaspach śnieżnych.

- Ale cyrk – szepnął przejęty Tomuś.

Zaległa cisza. Członkowie rodziny przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Po chwili niepewności zaczęli mówić jeden przez drugiego.

- Niech wejdą! Szybko! Zawołaj ich! Oczywiście! Może ona ma na imię Maria! Głupi jesteś, Bośniaczki nie nazywają się Maria! Samaś głupia! Ale my położyliśmy tylko jedno dodatkowe nakrycie. Nie szkodzi, dla niego wystarczy, a ona i tak musi rodzić.

Mężczyźni wnieśli ciężko stękającą kobietę.

- O Boże, ona ma chyba już bóle parte - przestraszyła się Hania.

- Połóżmy ją u nas w pokoju - zarządziła energicznie Susanna.

- Ale nie na moje łóżko! - wrzasnęła babcia.

- Nie bój się, babciu. Na moje!

- Może jednak do innego pokoju - zaoponował pan Meyer - u babci wisi przecież ten obraz.

Ale Hania zdecydowała, że z dwojga złego lepsza swastyka, niż targanie rodzącej po schodach na piętro.

- Susanna, przynieś Tomka nieprzemakalne prześcieradło! Mój drogi, proszę, przynieś kilka misek ciepłej wody i ręczniki!

- Jak się nazywasz? – Mój siostrzeniec przepchnął się do przodu i pochylił nad leżącą kobietą.

- Hvala, hvala - wyszeptała z trudem.

- Hvala? Ona ma na imię Hvala!

- Nie, nie, moja żona ma na imię Medina - wtrącił Bośniak. - Hvala znaczy „dziękuję“.

- Medina? To jednak nie Maria? - Tommi popatrzył na nią z rozczarowaniem. - A niech tam! Przynajmniej brzmi podobnie. Może to w ich języku znaczy Maria.

- Aleś ty głupi - syknęła Susanna i odepchnęła braciszka na bok. - Medina to dla muzułmanów taka miejscowość, do której chodzą z pielgrzymką. Tak jak w Polsce Częstochowa, a u nas w Austrii Mariazell.

- Od razu wiedziałem! - zawołał triumfująco chłopiec. - Ona się nazywa Maria, Maria Zell. Może święta Maria też miała na nazwisko Zell, tylko dzisiaj już nikt nie pamięta.

Pan Meyer wniósł miski z ciepłą wodą, wziął syna za rękę i opuścił pokój.

Rozebrałyśmy Bośniaczkę, Hania ręcznikami przemyła jej nabrzmiałe podbrzusze. Medina stęknęła, na prześcieradło polała się krew. Bośniak zbladł.

- Wyjdź, chłopcze, do drugiego pokoju - powiedziała babcia. - Mój syn da ci kielicha.

Po kilkunastu minutach rozległ się oczekiwany krzyk protestu nowonarodzonego.

Mężczyźni zamarli, popatrzyli jeden na drugiego i poczęli ściskać prawice, gratulując sobie nawzajem, że tak dzielnie przetrwali ciężkie chwile.
My, kobiety śmiałyśmy się, płakałyśmy, gadałyśmy jedna przez drugą, biegałyśmy po mieszkaniu w radosnym podnieceniu i szukałyśmy ubranek i prezentów dla niemowlęcia.
Tomuś znudzony włączył telewizor, ale i jego po chwili zaraziła radość dorosłych, więc poszedł do pokoju babci podziwiać nowego człowieczka, cud wigilijnego wieczoru.
Hania ruszyła w końcu do kuchni odgrzać bigos, a ja pobiegłam do moich walizek szukać prezentu dla dzidziusia. Ponieważ nie miałam przy sobie niczego, co mogłabym im podarować, postanowiłam włożyć do koperty kilka banknotów austriackich.

Na kołdrze szczęśliwej mamusi leżały drobne upominki od rodziny Meyerów. Uśmiechnęłam się do Mediny i dyskretnie wsunęłam moją kopertę między dary. Pomyślałam zadowolona z siebie, że mój prezent będzie najwartościowszy. Jednak gdy wychodząc, zauważyłam ciemną plamę na ścianie nad łóżkiem starszej pani Meyer, tam, gdzie przez wiele lat aż do dzisiaj wisiał nazistowski obraz, którego nikt poza babcią nie miałby odwagi dotknąć, uzmysłowiłam sobie pomyłkę. Mój prezent nie był najwartościowszy.

W tym momencie rozległo się z telewizora:

- Ciiicha noc, świeeęta noc ...


Krystyna Czerny

Christmas.JPG
Plik ściągnięto 199 raz(y) 798,16 KB

_________________
Krys
 
 
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2011-11-29, 10:01   

Krys, zachwycające to opowiadanie!!! Dziękuję Ci za nie z całego serca. Nawet nie napiszę nic więcej, bo to wszystko, co wydarzyło się w St. Veit mówi samo za siebie.

Choć powiem jedną rzecz - zawsze się zastanawiałam, jak postąpilibyśmy, gdyby przed moją furtką w Wigilię stanął samotny i zagubiony człowiek, powiedzmy jakiś bezdomny, żebrak, ktoś kto z jakichś powodów nie ma gdzie iść. Czy w ten wyjątkowy wieczór, kiedy zjechała się rodzina, mielibyśmy tą odwagę cywilną, odwagę moralną, wpuścić go i zmienić zaplanowany od dawna scenariusz naszej Wigilii? Co by było, gdyby pozostali członkowie rodziny nie potrafili się na to zgodzić, bo według nich nie można w ten sposób "psuć" tego w y j ą t k o w e g o wieczoru. Zastanawiające to co napisałaś, że widok przesłaniały zrobione ze śniegu postaci Świętej Rodziny... Tak wiele rzeczy przesłania nam wzrok, jasne spojrzenie, nawet postać Nowonarodzonego Jezusa nie przenika ze swoją ewangelią miłości.

Krys, dałaś nam do myślenia :!: Dziękuję raz jeszcze.
 
 
Ferdydurka 

Dołączyła: 19 Cze 2011
Posty: 8
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-11-29, 10:25   

Wspaniałe opowiadanie!
_________________
Ferdy
 
 
KulturKampf 

Dołączył: 21 Lut 2011
Posty: 194
Skąd: Warszawa-ul. Mochnackiego
Wysłany: 2011-11-29, 10:27   

Tak, to rarytas. Świąteczny rarytas. :-)
 
 
Słonecznik 

Dołączyła: 19 Lip 2011
Posty: 17
Skąd: Wiedeń, Warszawa
Wysłany: 2011-11-29, 11:26   

Piękne opowiadanie wigilijne! Gratuluję, Krysiu!
Ostatnio zmieniony przez Słonecznik 2011-11-29, 11:27, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Kery 

Wiek: 58
Dołączył: 18 Mar 2011
Posty: 9
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2011-11-29, 11:35   Wigilia

Krys,
twoje opowiadanie wigilijne jest super!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
 
 
Rex 

Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 93
Skąd: Warszawa - Paris
Wysłany: 2011-11-29, 14:26   

Wyborne! To byla uczta dla mojego ducha: kupa smiechu, a takze - tak jak napomknela Madame Jaga - pomyslalem, ze nie jestem pewien, czy wg przykazan biblii wpuscilbym do domu czlowieka z ulicy... Wstydze sie tego.
Swiat nam sie skomplikowal.
_________________
Rex
 
 
Artur S. 

Wiek: 71
Dołączył: 07 Lip 2011
Posty: 135
Skąd: Greensboro NC, USA
Wysłany: 2011-11-29, 14:36   

To bylo przezycie. Z kilku powodow - rozesmialem sie w glos w kilku miejscach, zadumalem sie rowniez, ale co mnie zaskoczylo - znam ten pensjonat, bylem tem osobiscie 30 lat temu!!!
_________________
Artur S.
 
 
Oliver 

Wiek: 27
Dołączył: 11 Lip 2011
Posty: 69
Skąd: Wiedeń
Wysłany: 2011-11-29, 15:01   

cool.
_________________
Oliver
 
 
Andrew 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 78
Dołączył: 10 Cze 2011
Posty: 117
Skąd: North Carolina, USA
Wysłany: 2011-11-30, 00:02   

Rex, niestety, to smutne, ale my wszyscy czujemy i myslimy tak samo jak Ty i Babcia Jadzia. Czy czasy znowu sie zmienia na lepsze? Czy znowu staniemy sie bardziej serdeczni dla siebie, czy bedziemy chetniej i bez obaw wyciagac pomocne dlonie tak jak to bylo przed wiekami? Bardzo bym chcial. Ale wszystko wskazuje na to, ze rozwoj socjalnej swiadomosci idzie w przeciwnym kierunku.
Chyba ze wiecej osob przylaczy sie do naszej akcji "Na korzysc"! :-D
_________________
Andrew
 
 
PRex 

Wiek: 49
Dołączył: 12 Lip 2011
Posty: 112
Skąd: USA
Wysłany: 2011-11-30, 00:12   

Andrew, jak to się mówi w USA, trafiłeś gwoździa w głowę! Nie umiałbym tego wyrazić lepiej.
A Twój apel do mentalnej partycypacji w akcji "Na korzyść" jest wprost genialny. Tak właśnie rodzi się postęp i nowy, lepszy kierunek rozwoju. Dzięki takim "małym" apelom wobec małego, normalnego, przeciętnego śmiertelnika.

Na Nowy Rok życzę sobie i nam wszystkim, aby teksty Krysa "Na korzyść" i "Swięta Noc w St. Veit" trafiły pod jak najwięcej strzech. To byłby zarodek na lepsze jutro.
_________________
PRex
 
 
Barbara 

Wiek: 69
Dołączyła: 09 Cze 2011
Posty: 60
Skąd: Tampa, Floryda
Wysłany: 2011-11-30, 13:58   

Jaka szkoda, ze zepchnieto ten tekst w dol. Wszak wydaje mi sie bardziej aktualny, sympatyczniejszy i ciekawsze w okresie przedswiatecznym.
_________________
Barbara
 
 
KulturKampf 

Dołączył: 21 Lut 2011
Posty: 194
Skąd: Warszawa-ul. Mochnackiego
Wysłany: 2011-11-30, 22:19   

Świąteczne opowiadanie Krys jest wspaniałe - może Krys jeszcze coś napisze przed Świętami? A może ktoś z nas spróbuje? Na przykład wspomnienia świąteczne z dzieciństwa? Myślę, że mogłoby to być ciekawe.

Myślę poza tym, że każdy wkład w kulturę, szczególnie tą oddolną, bliską ludziom i naszemu życiu, oraz promocja takiej kultury, również poprzez takie forum jak nasze, ma wielki sens. Nie spierajmy się zatem, tylko cieszmy się możemy uczestniczyć w fajnym krzewieniu dobrych idei. Tak jak piszecie: "Na korzyść" :!: Pozdrawiam ;-)
 
 
Misia 

Wiek: 34
Dołączyła: 21 Lip 2011
Posty: 110
Skąd: New York
Wysłany: 2011-12-01, 02:03   

Popieram Barbare - szkoda, ze swiateczna tematyka zeszla w dol jeszcze przed swietami. Mam nadzieje, ze ludzie nie zaczna promowac juz w grudniu wielkanocy. Niezrecznie to wyszlo, Jerzy widocznie nie w swiatecznym nastroju, bo zdjecie nie-swiateczne na pierwszym miejscu... ta poetka zeby choc byla w czapeczce Mikolaja.
Popieram takze Kulturkampfa, fajnie byloby poczytac wspomnienia swiateczne zwyklych smiertelnikow, nie tylko profesjonalnych autorow.
Acha, ja tez lubie to opowiadanie.
_________________
Misia
 
 
Dawid 

Wiek: 37
Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 107
Skąd: Nowy Jork
Wysłany: 2011-12-01, 02:07   

A ja popieram Misie. I dzisiaj juz nic nie czytam, bo caly dzien w pracy jak zwariowany gapilem sie w ekran... Niech oczy wypoczna. Misia, idziemy na wieczorny spacer do Central Parku! Zakladaj czapke i buty!
_________________
Dawid
 
 
KulturKampf 

Dołączył: 21 Lut 2011
Posty: 194
Skąd: Warszawa-ul. Mochnackiego
Wysłany: 2011-12-01, 11:12   

Wam to dobrze! Ja mogę iść najwyżej do Parku Szczęśliwickiego... i do tego sam! ;-)
 
 
Barbara 

Wiek: 69
Dołączyła: 09 Cze 2011
Posty: 60
Skąd: Tampa, Floryda
Wysłany: 2011-12-01, 16:03   

KulturKampf, radze ci, poszukaj bratniej duszy poki czas, poki jestes mlody. Zobaczysz, jak samotnosc potrafi dokuczyc, gdy bedziesz w moim wieku.
_________________
Barbara
 
 
Andrew 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 78
Dołączył: 10 Cze 2011
Posty: 117
Skąd: North Carolina, USA
Wysłany: 2011-12-12, 19:02   

Czytalem to opowiadanie juz kilka razy, ale zawsze chetnie wracam do niego, by sie posmiac.
Barbara, rada dla Ciebie: Ty wiesz, ze w US najwiekszym prawdopodobienstwiem poznac kogos nie "z ulicy" jest w kosciolach. Nie musi byc katolicki, moze byc jakikolwiek inny. Ludzie chodza tam jak do klubu. Wiele kosciolow baptyskich ma specjalne spotkania dla singlow. I nie obawiaj sie, nikt cie nie bedzie doktrynowal, chyba ze wejdziesz faktycznie do scientology czy do czegos w tym stylu.
_________________
Andrew
 
 
KulturKampf 

Dołączył: 21 Lut 2011
Posty: 194
Skąd: Warszawa-ul. Mochnackiego
Wysłany: 2011-12-12, 23:15   

U nas sprawa się ma podobnie. No, może nie jest tak trochę na luzie jak przypuszczam w Stanach, ale jest to dobre miejsce na spotkanie kogoś.....
 
 
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2011-12-12, 23:34   

Troszkę a'propos powyższej dyskusji o roli jaką może spełniać kościół jako zgromadzenie wiernych, wrzucę świątecznego starocia z Wysp. Ciekawa jestem - to dobre pytanie chyba dla PRexa - czy praktykuje się coś takiego w Stanach? Podawanie do informacji, kto będzie głosił kazania w Święta bądź w innym czasie. Jest to styl bardzo anglosaski - taki uporządkowany a jednocześnie z szacunkiem do wiernych. Wierni jakiegoś kościoła powinni wiedzieć i mają prawo do tego, kto wygłasza kazania, kto odprawia msze, który ksiądz czy pastor odwiedza parafian w domach, etc, etc. Z naszej perspektywy jest to tylko ciekawostka, bardzo sympatyczna a nawet zabawna, oraz pokazująca różne style organizowania Świąt od strony posługi kapłańskiej.

IMG_1348.JPG
"Wysłuchasz ich kazań w Święta Bożego Narodzenia."
Plik ściągnięto 137 raz(y) 2,68 MB

Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2012-03-01, 10:53, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione