Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Przesunięty przez: Baba Jaga
2012-04-22, 14:03
Chiny oczami czternastolatki
Autor Wiadomość
Alina 

Wiek: 35
Dołączyła: 01 Lip 2011
Posty: 48
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2012-01-19, 02:04   Chiny oczami czternastolatki

"Ni chał?“ znaczy „Jak leci?“

Stoimy na wielkim placu w Pekinie.

- Już kiedyś tutaj byłaś - mówi mama.

Wzruszam ramionami na znak, że nie pamiętam. Nie chce mi się mówić, myśleć, pamiętać, nie chce mi się oglądać nudnych placów, bo jest 45˙C w cieniu. Chce mi się tylko wracać do hotelu, gdzie air condition zapewni mi chrześcijańskie 20 stopni.

- To jest bardzo znany plac... - usiłuje wywołać u mnie zachwyt mama.

- Takich jest w Austrii i w Polsce na pęczki! - burczę. - Tyle że bez tej facjaty - dodaję, wskazując na gigantyczny portret na murze.

- Ale to jest największy miejski plac świata. Może pomieścić milion ludzi. To tutaj Mao Zedong w czterdziestym dziewiątym obwieścił „Chiny zmartwychwstały“, tutaj Chińczycy demonstrowali przeciwko „bandzie czterech“, tutaj w osiemdziesiątym dziewiątym armia chińska zmasakrowała tysiące młodych demonstrantów. To Plac Niebiańskiego Spokoju!

Bardzo trafna nazwa, nie ma co. Nomen est nie zawsze omen. Przez bramę pod portretem Zedonga udaje mi się zwiać z tego rozżarzonego placu do „Zakazanego Miasta“. Jak zakazane, to może będzie ciekawe nawet przy 40 stopniach.

Rzeczywiście okazuje się ciekawe, z tym że tylko dla mamy. Dla mnie jest jedynie ogromne. Otoczone purpurowymi murami setki domów, pomieszczeń, świątyń, placów, a wszystko to z drewna. Fakt, że jeszcze nie poszło z dymem, zawdzięcza nie tyle licznym kotłom z wodą, ile smokom, siedzącym na każdym dachu. Według przekonania Chińczyków smok sprowadza deszcz. Dachów jest cała armia, smoków jeszcze więcej, a deszczu nie widać. Pewnie smoki pozasypiały, zmordowane upałem. Ja też jestem zmordowana, w ogóle wszyscy są zmordowani, turyści ledwie powłóczą nogami, Chińczycy sprzedający przy straganach kartki, szklane kule i małe Buddy, pokładli głowy na blat i śpią. Każdy normalny człowiek jest zmordowany. Tylko nie moja mama!!!
Ona cieszy się każdą figurką na dachu, tłumaczy, że im więcej figurek, tym ważniejszy dom, skacze po schodach po dwa stopnie, wołając, że też tak muszę, bo każdy z nich ma inne znaczenie i jak nadepnę nie na ten, co trzeba, to może zdarzyć się nieszczęście, na przykład może lunąć deszcz.
Wśród tysiąca schodów wyszukuję wobec tego tylko te deszczowe, ale nie działa, pewnie do tego trzeba być Chińczykiem, albo co najmniej buddystą. Wszystkie drogi i mosteczki są w Zakazanym Mieście zygzakowate, bo złe duchy w Chinach to prostolinijne stworzenia i poruszają się tylko po prostej, więc zamiast wtargnąć do domu, utkną przy pierwszym lepszym zygzaku. W ogóle po tych misternych ozdobach widzę, że Chińczycy mają żyłkę do szczegółów, pewnie dlatego, że sami są tacy mali. A każdy detal, każda maleńka figurka aż się ugina od doniosłego znaczenia czy zadania, jakie ma do spełnienia w świecie chińskich zabobonów. Do tej pory słyszałam, że komunizm lubi religię jak psy dziada w ciasnej ulicy. Ale nie chiński komunizm. W Chinach, gdzie wszystkie ulice są ciasne, dziadów co niemiara, a psów prawie wcale, komunizm wrósł w magiczny świat wierzeń religijnych i pędzi w nim żywot na zasadzie symbiozy. Na przykład zaraz przy wejściu do siedziby przewodniczącego rządu i partii postawiono „Mur Dziewięciu Smoków“, tak zwany Jiulongbi, który chroni wielkich komunistów od złych duchów.

Zobaczyć Chiny, to nie znaczy zrozumieć. Dolecieć do Pekinu można w dziesięć godzin, ale ich mentalność oddalona jest od naszej o lata świetlne. Bo jak inaczej wytłumaczyć sobie męki, jakie przeżywałam w Operze Pekińskiej w rozpaczliwym mozole dotrwania do końca?
Aktorzy byli fantazyjnie, wielobarwnie ubrani, kunsztownie wymalowani, tańczyli i śmigali po scenie jak kolorowe piłki kauczukowe. Przez dziesięć minut nie mogłam oderwać od nich wzroku, ale potem w obliczu grożącego mi oczopląsu wolałam popatrzyć na spokojnie siedzących widzów. Po pół godzinie zauważyłam, że mama też spuchła, chociaż udawała wniebowziętą, ale wniebowzięci tak często nie ziewają.
Jedynymi widzami, którzy szczerze rozkoszowali się przedstawieniem, byli Chińczycy. Jeśli oni w ogóle odrywali wzrok od sceny, to tylko po to, aby kpiąco zerknąć na rozkojarzonych turystów, przy czym najwyraźniej potwierdzali się w przekonaniu, że mają rację, nazywając nas barbarzyńcami.

Z okien naszego hotelu widać pół Pekinu i jeszcze trochę, na przykład te fikuśne wychodki, gdzie załatwianie potrzeb to charakterystyczny dla Chin team work; człowiek nie czuje się taki osamotniony, jak przy fizjologicznej okazji może razem z towarzyszem z sąsiedniego tronu ponarzekać sobie na barbarzyńskich turystów, którzy nie tylko nic a nic nie rozumieją z nauk Buddy, to jeszcze kichają na komunizm i wypróżniają się w odosobnieniu.
Czasami zamiast muszli można w toaletach napotkać na zwykłe dziury, które za każdym razem napawały mnie przerażeniem. Dzieci chińskie takich problemów nie mają. Dzięki koszulkom z otworami w odpowiednim miejscu mogą sobie ulżyć tam, gdzie akurat stoją. Przy okazji praktyczne koszulki i spodenki nie dopuszczają w Chinach do powstania „góry pampersowej“.
W ogóle ulice w chińskich miastach są wyjątkowo czyste, pomimo że tam też można sobie kupić europejskiego loda, ale papier po „Cornetto“ albo według żelaznych zasad chińskiej dyscypliny ląduje w koszu, albo zaraz znika w pojemniczkach niebieskich łowców śmieci.
Być w Chinach i nie widzieć Muru Chińskiego to tak, jakby wejść w internet i nie zajrzeć na Forum Ochoty ;-) , jak mówi mama. Tak więc nie udało mi się wywinąć od wijącego się muru, dobrze przynajmniej, że nie musiałam obejść całego.
Jak mama w końcu nacieszyła się murem do woli, pojechałyśmy do Luoyang, które w historii Chin od czasu do czasu było stolicą, ale nie to jest najciekawsze. Przede wszystkim chodziło mi o ten sławny klasztor Shaolinów, który mieści się w pobliżu tego miasta i który jest kolebką wszystkich wschodnich metod walki wręcz. Założyciel klasztoru Shaolinów, mnich Budhidarma, zauważył pewnego dnia w 527 roku, że jego buddyjscy mnisi podczas ćwiczeń medytacji i pełnej koncentracji kręcili się, jakby mieli robaki. Wobec tego Budhidarma w celu odprowadzenia skumulowanej w mężczyznach energii, opracował program ćwiczeń do trenowania ciała. A żeby ćwiczenia nie przypominały gimnastyki porannej na polskiej kolonii, Budhidarma wzorował się na poruszaniu się zwierząt.

Podróż do Luoyang była długa, bo pociągiem, ale co najgorsze, w wagonie restauracyjnym nie było klimatyzacji. Tak więc po godzinie czekania na obiad mama, która nie ma ani grama niedowagi, zaczęła sapać jak zapaśnik sumo i wycierać pot z czoła czym popadło, ręką, rękawem, serwetką; obawiałam się już, że zaraz zedrze ze stolika biały obrus i owinie sobie nim głowę.
Przysiadł się do nas pewien Chińczyk, który powiedział, że na stałe mieszka w Hamburgu, więc jesteśmy jego rodaczkami, i począł mamę pocieszać, że dzisiaj w restauracji jest przecież tylko 50 stopni, a czasami bywa 60.
Mama wybiła mu te rodaczki z głowy, tłumacząc, że chociaż mówimy po niemiecku, nie jesteśmy Niemkami, lecz Austriaczkami, a żeby było bardziej skomplikowane to mama jest z Polski.
Chińczyk ucieszył się i powiedział, że wobec tego uraduje mamę kawałem o Polakach, który opowiadają sobie hamburczycy. Wobec niewybrednego kawału mama łypnęła złym okiem i nadęła nozdrza, nazywając kawał kompletną, nazistowską bzdurą, i obwieściła, że w ogóle nie uznaje żartowania z narodów, po czym nadąsana odwróciła się do żartownisia plecami.
Chińczyk bardzo się zmartwił, kilka razy przepraszał i zagadywał mamę, nawet chciał nas zaprosić na obiad, ale bez skutku. W końcu zaproponował, że opowie jeszcze jeden dowcip. Jeszcze mniej wybredny, ale tym razem o Chińczykach.
Mama w pierwszym momencie wytrzeszczyła na niego oczy, myślałam, że zbeszta gościa, bo przecież nie uznaje żartowania z narodów, ale gdzie tam, parsknęła śmiechem i śmiała się, zatykając sobie dłonią usta, bo nie mogła przestać, a Chińczyk, najwyraźniej uszczęśliwiony, że udało mu się mamę udobruchać, rechotał wesoło, klepiąc się po udach.

Klasztor u podnóża góry Song Shan nazywa się „Świątynia Małego Lasu“. Młodzi Shaolini zaprezentowali nam najpiękniejsze chwyty Kung Fu, ale ponieważ poruszali się szybciej niż moje gałki oczne, nie mogłam niczego spamiętać, ba! nawet zarejestrować wzrokiem.
Za to w „Lesie Pagód“ już nikt się nie ruszał, bo to cmentarz Shaolinów, więc sobie wszystko spokojnie obejrzałam.
W V wieku w Luoyng było 1000 klasztorów buddyjskich. Teraz już ich tyle nie ma, ale ludzie medytują i ćwiczą na każdym wolnym kawałku ziemi. Młodzi wymachują drągami, podskakują, rozdają ciosy i kopniaki, a starsi ćwiczą najczęściej Tai Chi, co jest nie tyle metodą walki, ile sposobem jej unikania. Mówi się, że uprawiając Tai Chi, człowiek osiąga zręczność dziecka, zdrowie drwala i spokój mędrca.

Chińczycy wierzą, że człowiek ma dwie dusze, jedna po śmierci żyje wiecznie, a druga żyje tak długo, na jak długo starczy jej darów złożonych przez rodzinę do grobu. A jak zmarły nic nie dostanie do trumny, to jego dusza rozeźlona wraca na ziemię i prześladuje skąpą rodzinkę.
Trudno się więc dziwić, że pierwszy cesarz Chin, Qin Shi Huang Di, któremu życie doczesne najwyraźniej wydawało się za krótkie, zadbał zawczasu o możliwość dowodzenia armią w zaświatach. Przez 36 lat setki tysięcy poddanych pracowały przy produkcji żołnierzy i koni z terakoty. W grobowcu cesarza znalazło się około 6000 figur naturalnej wielkości. Żeby tylko! Hochsztapler Qin Shi Huang Di zażyczył sobie sobie chińskich bojowników o wzroście 180 - 186 cm! Legendarną armię odkrył dopiero w 1974 roku pewien rolnik, borując w polu nieopodal miasta Xi’an dziurę na studnię. Nad odkrytym grobowcem ustawiono halę dla zwiedzających, tak że rolnik stracił pole, ale za to siedzi w sklepiku z pamiątkami, uśmiecha się, pozując za „zielone“ do zdjęć z turystami i składa autografy na albumach ze zdjęciami terakotowej armii.
Mnie by się też pewnie wpisał, ale mama nie chciała mi kupić albumu. Postanowiłam więc cyknąć kilka zdjęć, co mi nie wyszło na zdrowie, bo fotografowanie armii jest wzbronione. Biednemu zawsze wiatr w oczy, nie dość, że nie dostałam albumu, to jeszcze milicjanci chcieli mi zabrać aparat i wrzucić mnie do lochów. Aparatu oczywiście nie wypuściłam z rąk, w rezultacie czego milicjantów zbiegło się jeszcze więcej, każdy z nich domagał się mojej kamery i kary pieniężnej, zarzucali nam, że jesteśmy bandytami i szpiegami, ktoś mnie szarpnął, ja szczeknęłam, mama syknęła, żebym była cicho, tłumacząc jednocześnie naszym prześladowcom, że dziecko zmordowane upałem, to sobie cyknęło, ale nikt jej nie słuchał, każdy chciał nas zaaresztować, tysiące rąk spadło nam na plecy i ramiona. W końcu mama ryknęła na nich, żeby trzymali łapy przy sobie! A dla jasności muszę dodać, że mama ma 176 cm wzrostu, prawie jak ci terakotowi bojownicy i - jak już wspomniałam -ani grama niedowagi. Tak że nic dziwnego, że ręce cofnęły się natychmiast. Skończyło się słoną karą, ale aparatu nie dałam, tyle tylko, że zabrali mi filmy.

Dla wyrównania budżetu leciałyśmy do Chongqing tańszym samolotem, który nie dość że przy każdym podmuchu wiatru trząsł się jak stara, rozklekotana bryczka, to jeszcze wyposażony był w bardzo niezwykłą metodę klimatyzacji, polegającą na wpuszczaniu do kabiny jakichś oparów (Budda jeden raczy wiedzieć, co to było), które należało sobie przywachlować. Na lotnisku w Chongqing wyturlałam się z tego parowego kotła jak dobrze wyrośnięta buła drożdżowa.
Tak koszmarna nie była nawet jazda autokarem, którym wybrałyśmy się do Dazu, aby obejrzeć największe w świecie skupisko figur Buddy. Dziesiątki tysięcy rzeźb. Niedaleko od Dazu znajduje się góra Baodingshan (ja bym to przetłumaczyła na „górę skarbcową“), gdzie w ścianie wyrzeźbione są całe sceny z nauki o buddyzmie.
Najbardziej znany jest chyba Śpiący Budda, rzeźba o 31-metrowej długości, symbolizująca wstąpienie Buddy w stan nirwany.
Mama była zafascynowana, ja nie, bo jakieś wredne muchy kąsały mnie po nogach i rękach, czego właściwie powinnam była się spodziewać w głębi chińskiej dżungli. W każdym bądź razie od tej pory zakładałam długie spodnie i bluzki z długim rękawem.

Przepotężną rzeką Jangcy, nazywaną aortą Chin, popłynęłyśmy dalej. Ponieważ zamówiłyśmy kabinę z dwoma łóżkami, stałyśmy się podróżniczkami II klasy. Kabiny 4-8 łóżkowe to klasa III, 24 łóżkowe IV, a miejsce do spania na podłodze na najniższym poziomie statku to klasa V; klasa I z niewiadomych powodów nie istnieje.
Po obu stronach rzeki najdziwaczniejsze kształty gór wznoszą się jak straszydła, usiłujące napędzić strachu ciekawskim turystom i wzbudzić w nich respekt. Typowe dla Chin wieczne opary spowijają wierzchołki gór we mgłę, nadając im wrażenia upiorności.
Powiedziałam do mamy, że wschód słońca na Jangcy musi być piękny. „Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje“ - odpaliła bardzo oryginalnym powiedzeniem. Postanawiam następnego dnia zerwać się o świcie. Niech mi też da.
Przy brzegu na łodziach, składających się z kilku powiązanych ze sobą pni bambusowych, kucają rybacy łowiący ryby na... kormorany. Ptaki mają na szyjach obroże, które uniemożliwiają im połknięcie złowionej ryby. Tak więc ryba idzie do kosza, a głodne ptaszysko łowi dalej w nadziei, że teraz sobie podje.
Miasta, które jeszcze zwiedziłyśmy, niewiele różnią się od siebie. Przynajmniej tak mi się wydaje. Wszędzie są bardzo dobre hotele dla turystów i bardzo ubogie domy. Niezliczone ilości pagód i na każdym kroku punkt, gdzie można w ofierze zapalić świeczkę, albo pachnącą pałeczkę i poprosić Buddę o spełnienie życzenia.
Ludzi widać bardzo dużo. Odgłosy budzącego się miasta to nie zgrzyt pierwszego tramwaju czy warkot autobusu. To wylewanie do ulicznych kanałów zawartości nocników, głośnie czyszczenie zębów, płukanie jamy ustnej, gardła, chrząkanie - wszystko to wspólnie na skraju ulicy, gdyż wiele domów nie posiada toalety i bieżącej wody. Później Chińczycy ćwiczą w parku czy po prostu na miejskich placach, po czym wsiadają na rower i pedałują do biur i fabryk, lub rozkładają na chodnikach swoje własne miejsce pracy.
Także wieczorem na ulicach jest rojnie, ale na pewno nie z powodu ich śródziemnomorskiego temperamentu, nie, tego Chińczycy nie posiadają. Na ulice wypycha ich ciasnota i brak mieszkań. W Szanghaju na przykład na 1 km2 przypada 19 tys. szanghajczyków. Kto chce w spokoju pomedytować, czy poczytać, ten wynosi się z domu i szuka wolnej ławki. Najbiedniejsze domostwa widziałam wzdłuż Kanału Cesarskiego; przypominały co gorsze szopy na narzędzia ogrodnicze. Niektóre rodziny żyją po prostu na barkach.

Architekturę Chińczycy mają ciekawą, na temat mentalności można dyskutować, ale ich kuchnia jest bezdyskusyjnie wspaniała. Nawet sprzedawcy na ulicy, gotujący na sfatygowanym kotle, proponują swoje przysmaki estetycznie uformowane, dla oka i podniebienia. A chińskie celebrowanie parzenia i picia herbaty jest jak hołd oddawany własnej osobie; wprowadziłabym w Europie jako najlepszą odtrutkę na stres.

Alina (W dniu pisania miałam 14 lat, mieliśmy inne, dzisiaj oklepane i nieśmieszne żarty i inny sposób interpretowania świata, wiadomo; tekst oddaję bez poprawek; proszę o przymrużenie oka)

IMG_1918.JPG
Plik ściągnięto 90 raz(y) 2,82 MB

_________________
Alina
Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2012-01-25, 13:31, w całości zmieniany 7 razy  
 
 
Andrew 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 77
Dołączył: 10 Cze 2011
Posty: 117
Skąd: North Carolina, USA
Wysłany: 2012-01-19, 16:27   

Swietne ujecie, zabawne spojrzenie z perspektywy nastolatka. Ubawilem sie. Dziekuje.
_________________
Andrew
 
 
Artur S. 

Wiek: 71
Dołączył: 07 Lip 2011
Posty: 135
Skąd: Greensboro NC, USA
Wysłany: 2012-01-20, 14:50   

Alina, wydaje mi sie, jakbym tam byl. Doskonale! Zgadzam sie z Andrew, swietne ujecie, swietne spojrzenie.
_________________
Artur S.
 
 
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2012-01-20, 15:29   

:-D Ja też się zgadzam! Bardzo fajna opowieść o Chinach - lekka, dowcipna, bardzo interesująca i pokazująca ten kraj, tak, że staje się bliski i ciekawy. Dzięki Alinko za tą podróż!! :!:
 
 
Dawid 

Wiek: 37
Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 107
Skąd: Nowy Jork
Wysłany: 2012-01-21, 02:00   

Misia czytala chyba ze 3 razy. I okropnie sie smiala.
_________________
Dawid
 
 
Misia 

Wiek: 34
Dołączyła: 21 Lip 2011
Posty: 110
Skąd: New York
Wysłany: 2012-01-21, 02:12   

To nieprawda! Czytalam raz i smialam sie... okropnie. Bawily mnie niesamowicie takie zdania, jak:

„Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje“ - odpaliła bardzo oryginalnym powiedzeniem. Postanawiam następnego dnia zerwać się o świcie. Niech mi też da."

"Mama nie ma ani grama niedowagi."

"Tak więc ryba idzie do kosza, a głodne ptaszysko łowi dalej w nadziei, że teraz sobie podje."

"Hochsztapler Qin Shi Huang Di zażyczył sobie sobie chińskich bojowników o wzroście 180 - 186 cm!"

"Wobec niewybrednego kawału mama łypnęła złym okiem i nadęła nozdrza"

"Za to w „Lesie Pagód“ już nikt się nie ruszał, bo to cmentarz Shaolinów, więc sobie wszystko spokojnie obejrzałam."


Takich miejsc jest w tym reportazu co niemiara. No, przepraszam, ale z tego mozna peknac.

Chcialabym poznac ta mame "bez grama niedowagi". :-D

[ Dodano: 2012-01-21, 02:13 ]
No dobrze, przemyslalam, faktycznie czytalam dwa razy, prawie trzy, bo za trzecim razem tylko co niektore fragmenty, z ktorym sie smialismy.
_________________
Misia
 
 
Barbara 

Wiek: 68
Dołączyła: 09 Cze 2011
Posty: 60
Skąd: Tampa, Floryda
Wysłany: 2012-01-21, 14:41   

Misia, tak, masz racje. Mnie ten tekst takze rozweselil.
_________________
Barbara
 
 
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2012-01-22, 00:47   Skąd się wzięli Chińczycy w Ameryce?

Zawsze ciekawiły mnie zdjęcia ze Stanów Zjednoczonych z XIX stulecia, na których przy budowie kolei czy w innych miejscach były duże grupy Chińczyków. To ciekawe, jak dziwne i urozmaicone losy dotykały ten naród. Czasem, nam Polakom, wydaje się, że jesteśmy wyjątkowym narodem i do tego w sposób szczególny doświadczonym przez zawieruchy historii. Jak prześledzić jednak dzieje innych narodów okaże się, że ich dzieje też były całkiem niezwykłe i dramatyczne.

W XIX wieku, jak wiadomo, na losy wielu narodów świata wpłynęła polityka imperialna krajów europejskich i kolonializm, również w Azji Południowo-Wschodniej. Przykładowo, po założeniu w 1819 roku Singapuru na prawie całkiem nagiej wyspie, Chińczycy zaczęli tam masowo wyjeżdżać. Byli to ludzie bardzo pracowici i przedsiębiorczy. Tysiące mężczyzn wyjeżdżało do pracy w kopalniach miedzi w Malezji , Chińczycy utworzyli dominującą grupę etniczną w Kuala Lumpur oraz w Singapurze. Podobnie brytyjskie władze zachęcały ludność chińską do osiedlania się na Borneo, gdzie brakowało rąk do pracy (do czasu, gdy Borneo przejęli Holendrzy). Natomiast na Filipinach, opanowanych przez Hiszpanów, oraz w Indonezji, kontrolowanej przez Holendrów, Chińczycy byli często ofiarami prześladowań. Mimo to, około 1900 roku w Holenderskich Indiach Wschodnich ( obecnej Indonezji) żyło ponad pół miliona Chińczyków :!: .

Począwszy od połowy XIX wieku, kiedy wzmocnił się wyraźnie światowy ruch przeciwko niewolnictwu i kończył się handel afrykańskimi niewolnikami, pośrednicy pracy zaczęli być aktywni na terenie Chin. Setki tysięcy Chińczyków wyjeżdżało do pracy w kopalniach czy na plantacje na Kubie, w Peru, na Hawajach ( tam stali się ważną częścią społeczności hawajskiej), Sumatrze. Do masowej emigracji do Ameryki Północnej i Australii zachęciło Chińczyków odkrycie złota w połowie XIX wieku. Większość z nich jednak znalazła zatrudnienie przy budowie torów kolejowych i w kopalniach w Wyoming i Idaho. W 1880r. na zachodzie Stanów Zjednoczonych mieszkało ponad 100 tysięcy chińskich mężczyzn i tylko 3 tysiące kobiet. Bardzo ciężki okres nastał dla tych mężczyzn w parę lat później, kiedy to zawieszono sprowadzanie chińskich pracowników, a prezydent Cleveland stwierdził, że Chińczycy „nie potrafią się zasymilować z naszą ludnością i są niebezpieczni dla naszego pokoju i dobrobytu”. Stało się wtedy prawie niemożliwe sprowadzenie chińskich żon i dzieci, wielu z Chińczyków musiało się uciekać do oszustw, by zjednoczyć rodzinę. Chinatown w amerykańskich miastach w tych latach i na początku XX wieku to były bardzo męskie rejony, gdzie widywało się tylko na czarno ubranych Chińczyków. Mimo to, w swoich społecznościach Chińczycy ciągle dbali o informację w języku chińskim – wydawano gazety, oraz o zachowanie odrębnych zwyczajów.

Załączone zdjęcia pokazują tradycję pogrzebową w latach 30-tych XX wieku w Hong-Kongu. Tutaj mamy pogrzeb bogatego człowieka – właściciela hotelu.

IMG_1918.JPG
Plik ściągnięto 113 raz(y) 2,82 MB

IMG_1919.JPG
Plik ściągnięto 121 raz(y) 2,81 MB

IMG_1920.JPG
Plik ściągnięto 112 raz(y) 2,76 MB

Ostatnio zmieniony przez Baba Jaga 2012-01-22, 14:54, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Artur S. 

Wiek: 71
Dołączył: 07 Lip 2011
Posty: 135
Skąd: Greensboro NC, USA
Wysłany: 2012-01-22, 14:27   

Baba Jaga, bardzo ciekawy tekst. Dziekuje.
_________________
Artur S.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione