Strona GłównaStrona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Rejestracja  Album  Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Przesunięty przez: Baba Jaga
2013-10-27, 17:52
Kiedy świat robi się lepszy...
Autor Wiadomość
Krys 

Dołączyła: 05 Maj 2011
Posty: 170
Skąd: Austria, USA
Wysłany: 2013-10-19, 23:32   Kiedy świat robi się lepszy...

Amerykanie nie przestają mnie zaskakiwać. Dziś rano pojawiły się w moich drzwiach dzieci z sąsiedztwa, uzbrojone w grabie i ogrodowe miotły. Oznajmiły mi, że właśnie zabierają się za grabienie liści w moim ogrodzie. Zaskoczona zademonstrowałam mojego małego ducha, pytając, ile mnie to będzie kosztowało. "Nic", odparł chłopiec. "Robimy to po prostu dla ciebie." Za chwilę dołączyli ich rodzice, zmierzając się z obfitością liści moich potężnych dębów.
Nie jestem ani chora, ani specjalnie stara, czy zniedołężniała. Rozumowanie moich pomocnych sąsiadów było następujące: "Jest sobota, dzień wolny od pracy i szkoły, my mamy nastolatki pełne energii, a Krystyna ma wielkie dęby, zrzucające liście. To jasne, że idziemy zgrabić jej ogród."
Doznaję uczucia pokory wobec majestatu szlachetnego serca.

niespodziewana pomoc.jpg
Plik ściągnięto 305 raz(y) 2,07 MB

zadowoleni z ukonczonej pracy.jpg
Plik ściągnięto 79 raz(y) 710,76 KB

_________________
Krys
 
 
KulturKampf 

Dołączył: 21 Lut 2011
Posty: 194
Skąd: Warszawa-ul. Mochnackiego
Wysłany: 2013-10-23, 22:10   

To bardzo miłe :-D . Słyszałem, że Amerykanie potrafią się jakoś tak organizować do pomocy czy współpracy na terenie, na którym mieszkają. Nawet spotykają się od tak sobie, żeby pobyć razem i pogadać o wspólnych sprawach. Funkcjonują chyba również mało formalne organizacje sąsiedzkie, które służą załatwianiu wspólnych spraw... byle tylko nie były to sprawy w typie "obrony przed intruzami" z zewnątrz (pamiętam nie tak dawno zastrzelenie jakiegoś ciemnoskórego chłopca, który przypadkowo znalazł się na osiedlu, gdzie czarnoskórych nie było-chyba w pełni tą sytuację usprawiedliwiono i prawnie i społecznie :-/ ). To mają niestety posunięte do absurdu - pewnie zależy to od osiedla, miasta, ale i od stanu. Stany południowe ponoć są bardzo krewkie w załatwianiu spraw związanych z bezpieczeństwem osiedla. A że jest tam wiele uprzedzeń rasowych i religijnych pewnie nie trudno też o pomoc sąsiedzką mającą niewiele wspólnego z miłym współdziałaniem i życzliwością skierowaną do każdego. :?:

Na zakończenie dodam, że oczywiście taka uprzejmość, i pomoc, i życzliwe zainteresowanie wiele zmienia - wolę to niż odgradzanie się od złych lub tych innych murami i strażą obywatelską lub chociażby ochroną czy portierami i kamerami. U nas jeszcze mamy sporo do zmienienia na lepsze ...
 
 
Misia 

Wiek: 35
Dołączyła: 21 Lip 2011
Posty: 110
Skąd: New York
Wysłany: 2013-10-24, 00:39   

Nowojorczycy raczej odgradzaja sie od innych, czym sie da. Dla wlasnego bezpieczenstwa. Nawet nie moge sobie wyobrazic zycia w NYC w takim domu jak Krys. Ona jak widze na zdjeciach, nie ma ogrodzenia z przodu domu. To byloby ogromnym wykroczeniem przeciw bezpieczenstwu. Ale tak jak powiedzialam: to jest Nowy Jork. Zbieranina z calego swiata, ludzie najrozniejsi, dobrzy, mniej dobrzy, przestepcy, religijni szalency...
Na ulicy Amerykanie sa pomocni i mili, ale do pewnej granicy. Utrzymuja niewidzialne ogrodzenie pod napieciem. Nie da rady inaczej.
_________________
Misia
 
 
Dawid 

Wiek: 38
Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 107
Skąd: Nowy Jork
Wysłany: 2013-10-24, 00:51   

KulturKampf, wspomniales o stowarzyszeniach sasiedzkich. Zgadza sie. Ameryka jest tak poteznym krajem, taka nieprzejrzysta dzungla, ze ludzie zyjacy tutaj odczuwaja potrzeby zrzeszania sie w mniejsze grupy, gdzie kazdy znajdzie swoje miejsce i role spoleczna. Ta przejrzystosc daje czlowiekowi poczucie pewnego bezpieczenstwa. Czesto takimi grupami sa koscioly. Nazywaja siebie "church family", czyli rodzina koscielna. Najczesciej spotykaja sie i pomagaja sobie wzajemnie w ramach takiego stowarzyszenia. Oczywiscie logicznym stowarzyszeniem bedzie grupa sasiadow. Z oczywistych wzgledow lepiej trzymac z sasiadami, wszak to oni pierwsi biegna na pomoc w razie razu.
A co do czarnych chlopcow, krecacych sie po bialych dzielnicach... Ojojoj, temat woda. Co Ty na to, Krys?
_________________
Dawid
 
 
Baba Jaga 

Dołączyła: 21 Sty 2011
Posty: 709
Skąd: Warszawa, Ochota-Szczęśliwice.
Wysłany: 2013-10-24, 10:12   

Ciekawa dyskusja :-) O Stanach myślę podobnie jak Kulturkampf, ale ponieważ jednak nie mieszkałam tam dłużej niż dwa miesiące, więc nie uważam, że wiem cokolwiek, co znaczy być mieszkańcem jakiejś dzielnicy, osiedla czy kamienicy. Mamy znajomych w San Francisco, ale to specyficzne, zamożne miasto dosyć zamożnych ludzi. Inaczej pewnie to wygląda w Detroit czy Pittsburgu, przez który tylko przejeżdżałam, a już włos mi się zjeżył na głowie. Wiem, że w Niemczech ludzie zrzeszają się w co się da i jak się da - są różnego rodzaju towarzystwa hobbystyczne czy dotyczące wspólnego problemu -coś na kształt nieżywych u nas komitetów obywatelskich, ewentualnie do wspólnego spędzania czasu, np. motocyklowe, szachowe, karciane, sportowe, taneczne, muzyczne, etc. Podobnie jest w Anglii, w której kiedyś bywałam dosyć często. W osiedlach w Portsmouth działały np. towarzystwa czy po prostu społeczne zespoły tańca ludowego czy inne takie grupy. Wynajmowały salki w lokalnym ośrodku kultury i członkowie spotykali się tam raz czy dwa razy w tygodniu na treningi w gronie bardzo różnych ludzi z różnych środowisk i w różnym wieku - łączyła ich chęć bycia razem, zainteresowanie tańcem, dobra zabawa, wspólne wyjazdy na cykliczne festiwale. Natomiast zdziwił mnie ogromnie brak społecznego ducha we francuskim miasteczku (jak w eleganckich Senlis czy Chantilly), gdzie mieszkałam. Nawet sąsiedzi na tym samym osiedlu domów ze sobą nie rozmawiali za wiele prócz "bonjour" :roll: , rodzice dzieci w przedszkolu podobnie :shock: Do tej pory Francja pozostaje dla mnie największym zaskoczeniem i zagadką - od narodu południowców oczekiwałam zupełnie czegoś innego, a spotkałam mnóstwo obrażonych ponuraków albo wręcz gburów (wśród nich podklasę aroganckich i pyszałkowatych kobieciarzy i rozwścieczone chude kobiety ... chyba to świadczy o ich trudnych charakterach i relacjach o kiepskiej jakości ;-) ). Nawet spacerowanie alejkami osiedla nie było przyjemne - było pusto, tylko firanki w oknach się ruszały .. :oops: W Paryżu byliśmy co tydzień co najmniej, jednak nie mieszkaliśmy w nim, więc nie mogę wiele powiedzieć, jak tam wyglądają relacje sąsiedzkie. Sam Paryż - wiadomo, różnie w zależności od dzielnicy ...

San Francisco - relaks przed własnym blokiem.jpg
Już widzę, jak ktoś rozkłada koc i poduszeczkę na ulicy przed kamienicą na Ochocie i zaczyna się relaksować. Na pewno zainteresowałaby się takimi wyluzowanymi obywatelami Straż Miejska, a sąsiedzi byliby pewnie jeszcze mniej życzliwi... Ot, taką mamy Pol
Plik ściągnięto 44 raz(y) 103,51 KB

San Francisco wspólny czas w święto 4 lipca 4th July.jpg
Plik ściągnięto 36 raz(y) 120,8 KB

_________________
BABA JAGA
 
 
Andrew 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 78
Dołączył: 10 Cze 2011
Posty: 117
Skąd: North Carolina, USA
Wysłany: 2013-10-25, 00:21   

Chociaz urodzilem sie w czasie wojny, wiem o niej tylko to, co mnie nauczono i co opowiadali starsi ode mnie. Pamietam jeden warunkowy odruch ludzi skazonych bolesnymi doswiadczeniami wojennymi: Gdy pojawial sie ktos mowiacy po niemiecku, albo ubrany w mundur ludzie odczuwali nieufnosc, wrogosc, nienawisc, strach... Nawet ludzie wyksztalceni, ktorzy rozumieli, ze juz dawno po wojnie, ze ci mowiacy po niemiecku tu najprawdopodobniej turysci, ze to nowa generacja Niemcow, ktora robi wyrzuty swoim przodkom z powodu tamtej wojny...
To wyuczony strach kazal ludziom, zranionym na duszy, nienawidziec osob, ktore kojarzyly sie z tamtymi latami.
Dlatego rozumiem, gdy ktos w North Carolinie, w bialej dzielnicy, nieufnie patrzy na czarnego czlowieka. Pewnie mial zle doswiadczenia, moze zostal obrabowany przez czarnych, moze napadnieto jego zone lub dzieci, moze, moze, moze...
Faktem jest, ze w USA prawdopodopodobienstwo zostania ofiara napadniecia przez czarnych jest o niebo wyzsze, niz kolizja z bialym.
Tylko glupcy nie ucza sie z doswiadczen.
My wszyscy zachowujemy sie wedlug tego, co nauczyla nas nasza przeszlosc i tego, co wbito nam do glowy.
Uwazam siebie za czlowieka otwartego, zatrudniam wielu czarnych, ale gdy przejezdzam przez duze miasto, to wole zatrzymac sie na kawe, czy chocby wstapic do supermarketu w bialych dzielnicach.
To tylko takie spostrzezenia na temat wrogosci i wspolpracy w Ameryce... Wierzcie mi, trzeba pozyc tutaj, aby zrozumiec pewne mechanizmy.
_________________
Andrew
 
 
PRex 

Wiek: 49
Dołączył: 12 Lip 2011
Posty: 112
Skąd: USA
Wysłany: 2013-10-25, 03:11   

Przez kilka lat pracowałem w "czarnej" dzielnicy. Afro-Amerykanie przyjęli mnie nieufnie, bo "masz białą d..ę". Z czasem zdobyłem ich zaufanie, kościół wypełnił się po brzegi. W moim zawodzie zawsze spotyka się najróżniejsze charaktery, tak więc przełączenie z jednego wymiaru do drugiego, nie sprawiało mi nigdy trudności. Ale praca z czarnymi wymagała nieludzkiego wysiłku, aby nadążyć za ich tokiem myślenia. To nie są biali w czarnej skórze. To są inni ludzie, inaczej myślący, nawet inaczej artykulujący. Nie odmawiam im dobrego serca. Tego mają więcej niż biali. Są prosto myślący, impulsywni, uczuciowi, pomocni, bardzo religijni. Brzmi pozytywnie, prawda? Jednak ich prostoduszność prowadzi także do rozumowania typu: "Biali nas nie lubią, biali trzymali naszych przodków w niewoli, biali nami gardzą, biały to wróg..."
Od czasu pierwszej kadencji Obamy, w USA powstało wiele filmów o "biednych, szlachetnych, czarnych niewolnikach" katowanych przez ich białych panów. To jeszcze bardziej wzmaga niechęć do białych.
Zdarzają się często paradoksalne sytuacje, gdy biały staje przed sądem, bo obraził czarnego, mówiąc, że np. jest "czarniejszy od nocy". Ale nikt nie otwiera sprawy, gdy czarni wyzywają białych od "białych d..." etc. Wloką cię do sądu, gdy powiesz, że ma wymowę typową dla czarnych, ale nikt się nie przejmuje, gdy czarny wyśmieje cię, że tańczysz sztywno jak "zamarznięty biały kościotrup".
Zmierzam do tego, że nie ma co się rozpływać w litości nad czarnymi, gdyż nie ma ku temu powodów. Nawet jeśli to tak wygląda, gdy obserwujesz z daleka, aż zza oceanu. Historia jest faktem, tego zmienić się nie da. Ale dzisiaj rachunek jest wyrównany. A nawet... Nie, tego nie powiem, gdyż ktoś mógłby przetłumaczyć na angielski... Jednak żyję w Ameryce, więc będę ostrożny.
_________________
PRex
 
 
Arcyhistoria 

Pomogła: 2 razy
Dołączyła: 04 Kwi 2011
Posty: 47
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2013-10-25, 10:36   

„W społeczeństwie jednostka zabarwia innych i sama zabarwia się od innych; poleruje innych i poleruje się od nich. Dobry i zły przykład działają nieskończenie wiele. Jak dwaj ludzie, chodzący często razem, stają się do siebie podobni w swym chodzie, tak ci, co często przestają z sobą, stają się podobni w swem postępowaniu i w swych poglądach. < Z jakim kto przestaje, takim sam się staje>. Kto wciąż przestaje w pewnem kole ludzi, przyzwyczaja się do sposobu mówienia tego koła. Kto przestaje z fircykami, sam będzie miał w sobie coś fircykowatego; a kto przestaje z niechlujami, sam stanie się mniej lub więcej niechlujem. A to tyczy się zarówno zewnętrznej jak i wewnętrznej czystości. Wśród gburów człowiek staje się gburowatym, wśród obłudników kłamcą; to nie da się powstrzymać. Czy się więcej innym oddaje, czy też się więcej od innych przyjmuje, to zależy od tego, kto jest silniejszy. A w społeczeństwie zawsze wielu otacza jednego; a musi to być natura szczególnie silna, która więcej z swej istoty przenosi na innych, niż przeciwnie przyjmuje w siebie z istoty innych.
Max Haushofer „Sztuka życia i zagadnienia życia” , 1911 rok.


Znalazłam ten fragmencik mądrości, jest sprzed ponad 100 lat. Brzmi ciekawie i trochę zabawnie w kontekście toczącej się dyskusji. Podoba mi się szczególnie ostatnie stwierdzenie o wyróżniającej się jednostce/osobowościach. W naszych czasach wyzwania są trochę większe i inne z powodu większej skali migracji i mieszania się narodowości, ras i ludności z różnych kultur i warunków. Te zjawiska stawiają nas przed innymi wyzwaniami, zmuszają nas do weryfikacji stereotypów, do nauczenia się współżycia z innymi na nowych warunkach. Masowa imigracja zmienia Stany Zjednoczone - coraz mniej jest rdzennej, historycznie białej ludności, a inne narodowości zaczynają dominować w niektórych stanach USA. Wielka Brytania już próbuje prowadzić nowoczesną politykę imigracyjno-wielokulturową - radzi sobie nieźle, może z powodu, że kiedyś była mocarstwem kolonialnym, czerpie z doświadczeń historycznych, również tych bardzo bolesnych.

Z reguły PODPORZĄDKOWUJEMY SIĘ REGUŁOM SWOJEGO ŚRODOWISKA z wszystkimi tego konsekwencjami..JPG
Plik ściągnięto 37 raz(y) 2,15 MB

 
 
Krys 

Dołączyła: 05 Maj 2011
Posty: 170
Skąd: Austria, USA
Wysłany: 2013-10-25, 15:39   

Nie chciałam wypowiadać się na ten temat, bo jak powiedział Dawid: "Ojojoj, temat woda".
Nie da się zabrać głosu w tym temacie na pol strony. A poza jakikolwiek wydamy sąd, będzie on prawdziwy tylko w 50%. Druga strona medalu udowadnia, że jest wprost przeciwnie.

Do włączenia się sprowokowało mnie jedno mądre zdanie Arcyhistorii, które według mnie jest zdaniem kluczowym w poszukiwaniu recepty na poprawne stosunki międzyludzkie.

Te zjawiska stawiają nas przed innymi wyzwaniami, zmuszają nas do weryfikacji stereotypów, do nauczenia się współżycia z innymi na nowych warunkach.
_________________
Krys
Ostatnio zmieniony przez Krys 2013-10-25, 15:40, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Misia 

Wiek: 35
Dołączyła: 21 Lip 2011
Posty: 110
Skąd: New York
Wysłany: 2013-10-25, 15:53   

Zgadzam sie z Arcyhistoria w pelni. Mieszkajac w NYC nie powinno sie kurczowo trzymac tego, czego nauczyles sie w dziecinstwie. Przewaznie jest to jedno spojrzenie na swiat, jakby tu powiedziec, jeden punkt widzenia. Tak jakby ktos urodzil sie w Krakowie, wychowal w Krakowie i widzi swiat tylko z tego miejsca. Czyli nie moze widziec wszystkiego. Swiat jest okragly... Zagalopowalam sie. Cos chcialam powiedziec, cos madrego, ale wylecialo mi z glowy. Jednak jak siedzisz z maluchem w domu, to przestajesz trenowac mozg.
_________________
Misia
 
 
Dawid 

Wiek: 38
Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 107
Skąd: Nowy Jork
Wysłany: 2013-10-25, 16:04   

Misia zaczela szykowac sie na spacer do Central Park, dlatego ja przechwycilem wlaczony komputer.
Misiu, pewnie chcialas powiedziec, ze nasz horyzont jest waski. A wszystko poza horyzontem jest nam nieznane, dlatego jako mlodzi ludzie nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele istnieje innych form myslenia i postrzegania swiata. Dopiero z czasem, po wielu doswiadczeniach i kolizjach z innymi nastawieniami do swiata, zaczynamy respektowac te inne realnosci.
Jako dziecko bylem wystawiony na bardzo sprzeczne interpretacje rzeczywistosci, gdyz byl to w Polsce przelomowy okres. Wiem, ze bylem okropnie skolowany. Moze to pomoglo mi szybciej dostrzec, ze oprocz tych dobrych zasad moralnych, ojczyzna wbila mi do glowy rowniez wiele bzdur. I tu moje pytanie: Dlaczego tak trudno pozbyc sie tych glupot wyuczonych w dziecinstwie? Dlaczego ludzie, mimo ze wiedza o tym, co napisala Arcyhistoria i podkreslila Krys, nie weryfikuja swoich pogladow? Przeciez to naprawde jest niezbedne do zycia w pokoju.
_________________
Dawid
 
 
Krys 

Dołączyła: 05 Maj 2011
Posty: 170
Skąd: Austria, USA
Wysłany: 2013-10-26, 03:11   

Dawid, dlatego że mózg jest organem bardzo oszczędnym.
Raz wyrobiony pogląd jest dla mózgu jak wybudowany most przez rzekę, albo powiedzmy autostrada. Wolimy ją używać, niż szukać lepszej drogi. Energia zainwestowana w przyswojenie sobie pewnych zasad moralnych, czy nawyków musi się opłacić. Mózg trzyma się raz wyrobionej opinii, bo tak jest łatwiej. To tak jakby używał raz wybudowanego mostu albo autostrady. Nawet jeśli dochodzą go słuchy, że inna "droga" jest prawidłowa, nasz wielce oszczędny organ trzyma się starej "drogi" tak długo, jak długo się da. Weryfikowanie poglądów wymaga dużego wysiłku psychicznego. Przeciętny człowiek nie ma wystarczającej motywacji do inwestowania dodatkowej energii w korygowanie niepoprawnych zachowań czy opinii. Dlatego ludzie tak długo jadą na błędach, bo mimo że niesłuszne - są już wyuczone i nie wymagają wysiłku.
Tylko ludzie mocni psychicznie pozwalają sobie na luksus inwestowania energii w korygowanie myślenia.
Cała "oszczędna" reszta na zjawisko, wymagające zmiany opinii czy choćby głębszego zastanowienia się reaguje strachem, wyrażanym w usuwaniu prowokującego zjawiska, wrzucaniu do więzienia, mordowaniu, paleniu książek, a w najłagodniejszej i najczęstszej formie w nadmiernym krytykowaniu.
_________________
Krys
 
 
Rex 

Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 93
Skąd: Warszawa - Paris
Wysłany: 2013-10-27, 14:21   

Ja takze nie mialem ochoty wtracac sie do dyskusji, gdyz tak jak okreslil to Dawid, to jest temat woda. Mozna walkowac we wszystkie strony.
Baba Jaga ma racje co do Francuzow. Tak jak pielegnuja czystosc i poprawnosc jezyka, tak zaniedbuja dobre maniery. Moznaby pomyslec, ze ten narod ma wadliwy gen, blokujacy empatie. Oni sa po prostu niegrzeczni. To stwierdzilem nawet, gdy przyjechalem tutaj z Polski i porownywalem Francuzow do Polakow, ktorzy rowniez szczekaja na siebie. Ale gdy sluzbowo bylem 9 miesiecy w USA, potem 3 tygodnie urlopu, w czasie ktorego zjechalem Ameryke wzdluz i wszerz - zrozumialem, co to jest grzecznosc, zyczliwosc i dobre maniery. Amerykanscy farmerzy maja lepsze maniery w obcowaniu z drugim czlowiekiem niz bogaci Francuzi stolujacy sie w najdrozszych paryskich restauracjach.
Na poczatku mojego pobytu we Francji o malo nie rozwinalem kompleksu przesladowczego. Myslalem sobie, ze oni mnie po prostu nie znosza. Ale z czasem zauwazylem, oni nie trawia takze innych, w tym samych siebie. To jest Francja.

Ktos w powyzszych komentarzach zauwazyl, ze w Polsce mamy jeszcze duzo do naprawienia w stosunkach miedzyludzkich.
Moim zdaniem chodzi tu tylko o empatie. Ale czy nowa generacja rozwinie empatie w stopniu wyzszym niz ich rodzice? Skoro mlodzi ludzie wychowuja sie na komputerach, gdzie grajac w cos tam, ucza sie tylko jak najszybciej zabijac, zbijac forse i tak dalej... Dziecko, odsuniete przez rodzica do komputera, ma fajnego kolege w formie programu. Ten koles spelnia wszystkie jego potrzeby i w zamian nie oczekuje niczego. Cos mi sie wydaje, ze takie wychowanie jest kontraproduktywne w rozwijaniu empatii. Rosnie nam pokolenie, skladajace sie ze sprytnych egoistow, wytrenowanych, jak najszybciej pokonac innego.
_________________
Rex
 
 
Zmora 

Wiek: 39
Dołączył: 12 Sie 2011
Posty: 30
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2013-10-27, 21:22   

Jak dobrze, że Rex wspomniał o grach video.
Ludzie pozwalają dzieciom używać wojennych gier, nie zdając sobie sprawy, że są tak niebezpieczne jak papierosy i alkohol. Tyle że spaczają charakter.

Nikt nie mówi głośno o tym, dlaczego powstały tego rodzaju zabawy w zabijanie. Pierwsze gry opracowano na potrzeby wojska... W celu zabijania, ale nie tylko wirtualnego. Rzeczywistego!

Otóż stwierdzono, że wysoki procent walczących żołnierzy nie mogło przemóc się, by nacisnąć cyngiel i posłać ten kawałek ołowiu, który miał zabrać drugiemy człowiekowi życie, tylko dlatego, że był urodzony w innym kraju. Ta bariera była nie do przebycia dla większości młodych mężczyzn.

Wobec tego wystawiono te młode, wrażliwe mózgi na proces odczulania, przeprowadzanay pod płaszczykiem rozrywki przy komputerze.

Już podczas następnej rzeczywistej bitwy wojsko wyposażone w gry wojenne "zapunktowało" wyżej w liczbie zabitych.

A teraz rzućmy okiem na gry naszych dzieci i pomyślmy, czego się uczą.
_________________
Zmora
 
 
Andrew 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 78
Dołączył: 10 Cze 2011
Posty: 117
Skąd: North Carolina, USA
Wysłany: 2013-10-27, 21:35   

Gdzies juz slyszalem o tych wspolzaleznosciach, o ktorych pisze Zmora.
Od razu kojarzy mi sie to z metodami metodami trenowania "Hitlerjugend" w czasie wojny. Otoz aby odczulic chlopaka, przyszlego SS-mana, powierzano mu psiaka na wychowanie. Mlody hitlerowiec dbal o niego jako o dziecko, albo przyjaciela, i chlopak, i pies przywiazywali sie do siebie. Wiadomo. Kto ma psa w domu, ten wie, o czym mowie, prawda?
I wtedy zołnierz otrzymywal rozkaz zabicia swego psa.
Tak lamano ich serca, czlowieczenstwo i oduczano skrupulow.

Chcialbym tylko bardzo dowiedziec sie, dlaczego gry komputerowe odczulaja nas i lamia moralne bariery. Kto moze powiedziec cos blizszego na ten temat? Tak prosto, prosze, na moj chlopski rozum.
_________________
Andrew
 
 
Dawid 

Wiek: 38
Dołączył: 10 Lip 2011
Posty: 107
Skąd: Nowy Jork
Wysłany: 2013-10-29, 23:38   

Andrew, przyznaje, ze tez chcialbym dowiedziec sie czegos blizszego na ten temat. Jednak, gdy czlowiek wie, dlaczego cos nam szkodzi, to ma wieksza motywacje, by tego unikac. Nie mysle o mnie, ale o moim synu, ktory za kilka lat powie: "Tato, koledzy w przedszkolu, w szkole graja w komputer. Dlaczego ja nie moge?"
_________________
Dawid
 
 
Misia 

Wiek: 35
Dołączyła: 21 Lip 2011
Posty: 110
Skąd: New York
Wysłany: 2013-10-29, 23:41   

Jestes slodki i czarujacy. I najlepszy tatus swiata! Ja takze jestem ciekawa. Szukalam w internecie, ale nie moglam znalezc nic takiego, co moglabym zrozumiec. Jesli ktos wie - to prosze, prosze, tak jak powiedzial Andrew - na chlopski rozum.
_________________
Misia
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template forumix v 0.2 modified by Nasedo. Done by Forum Wielotematyczne
stat4u
Kopiowanie tre?ci i zdj?? z portalu i forum bez zezwolenia zabronione